MARKETING RADIA łÓDŹ
TELEFONY DO STUDIA: (42) 678 78 78 | 606 78 78 78
SŁUCHAJ NA ŻYWO
środa, 30 września 2026
  • Zaloguj
Radio Łódź
  • Ramówka
    • Poniedziałek
    • Wtorek
    • Środa
    • Czwartek
    • Piątek
    • Sobota
    • Niedziela
  • Audycje i podcasty
  • Konkursy
  • Akademia Młodego Radiowca
  • Patronat
  • Radio Łódź
    • Marketing Radia Łódź
    • Kampanie społeczne w Radiu Łódź
    • BIP
    • Rada programowa
    • Polityka prywatności
    • Kontakt
Brak wyników
Zobacz wszystkie wyniki
  • Ramówka
    • Poniedziałek
    • Wtorek
    • Środa
    • Czwartek
    • Piątek
    • Sobota
    • Niedziela
  • Audycje i podcasty
  • Konkursy
  • Akademia Młodego Radiowca
  • Patronat
  • Radio Łódź
    • Marketing Radia Łódź
    • Kampanie społeczne w Radiu Łódź
    • BIP
    • Rada programowa
    • Polityka prywatności
    • Kontakt
Brak wyników
Zobacz wszystkie wyniki
Radio Łódź
LIVE
Brak wyników
Zobacz wszystkie wyniki
  • Mariusz Janik
    Mariusz Janik
    Zobacz wszystkie artykuły
  • 19 grudnia 2025 12.31
  • 22 września 2026 14.57

Przypadek, który zmienił wszystko. Jacek Grudzień o Radiu Łódź, sile rozmowy i wartości kultury [ROZMOWA]

Jacek Grudzień zaczął swoją dziennikarską przygodę w Radiu Łódź, a po dwunastu latach… wrócił tam jako jego szef. Dla niego radio to nie tylko praca – to świat pełen ludzi, przypadków i zaskakujących historii. W rozmowie z Mariuszem Janikiem opowiada o nieplanowanej drodze do mediów, swoich mistrzach, sile relacji i kultury w pracy, a przede wszystkim pokazuje, że mimo lat spędzonych w roli dyrektora, wciąż pozostaje dziennikarzem, który wierzy, że jedna rozmowa może zmienić dosłownie wszystko.
Jacek Grudzień przed budynkiem Radia Łódź, fot. Konrad Ciężki

Jacek Grudzień przed budynkiem Radia Łódź, fot. Konrad Ciężki

Udostępnij na FacebookuTwittnij

Mariusz Janik: Czym jest dla ciebie radio?

Jacek Grudzień: Radio w różnych momentach życia znaczyło dla mnie coś innego. To była moja inicjacja w dorosłość, pierwsza prawdziwa praca i miejsce, w którym nauczyłem się większości rzeczy – nie tylko zawodowych. Z czasem stało się dla mnie czymś więcej niż pracą — wiernym przyjacielem.

Nadal jest „narkotykiem”?

Tak, ale zupełnie innym niż kiedyś. Dawniej, kiedy widziałem zapalającą się czerwoną lampkę i nie mogłem wejść na antenę, oddałbym połowę siebie za minutę wejścia „na żywo”. Obecnie jestem anonimowym radiotą – głód jest już inny, bardziej kontrolowany. Dbam o to, żeby nie przesadzić i nie wpychać się w programy dziennikarzy, którymi kieruję. To zdrowe.

Twoja droga do radia była nietypowa.

Skończyłem prawo, ale od początku wiedziałem, że nie chcę być prawnikiem. Spróbowałem biznesu, jednak szybko okazało się, że to również nie moja droga. I wtedy, zupełnie przypadkiem, na spotkaniu towarzyskim poznałem Sławomira Walczyka — młodego realizatora, artystę z długimi włosami. Powiedział mi: „Masz ciekawy głos, wpadnij do radia, przesłucham cię”. W rozgłośni przyjęła mnie Basia Wiśniewska, kierowniczka Redakcji Informacji. Zaproponowała: „Zostań na tydzień”. Nie miałem żadnych planów, więc zostałem. Na dwadzieścia lat.

Nigdy wcześniej nie myślałeś o tym zawodzie?

W liceum były jakieś gazetki, programy, wygłupialiśmy się. Nigdy nie była to jednak świadoma decyzja o zawodzie. Paradoks polega na tym, że dziennikarzem zostałem dopiero wtedy… kiedy już nim byłem.

Nie chciałeś zostać prawnikiem. Studia były ucieczką przed wojskiem?

Możliwe, że tak, choć wtedy chyba nie myślałem o tym w ten sposób. Jeśli miało być ucieczką to przed… brakiem pomysłu na siebie po maturze. Wiem, że to mało wychowawcze, ale poszedłem na studia prawnicze trochę na złość mojej pani od fizyki. Uważała, że nigdzie sobie nie poradzę.

Weszła ci na ambicję.

A prawo było wtedy najbardziej obleganym kierunkiem. Pomyślałem: „To ja pani pokażę”. I pokazałem — zdałem, a potem te studia ukończyłem. Udało mi się to w dużej mierze dzięki ludziom, których tam spotkałem. W ogóle mam w życiu niezwykłe szczęście do ludzi. Trafiam na osoby tak wyjątkowe, że czasem mam wrażenie, jakbym przeżył już kilka żyć.

Co jako dziennikarzowi dały ci studia prawnicze?

Przez długi czas uważałem, że niewiele. Dopiero później zobaczyłem, jak bardzo pomogły mi w zawodzie — w sposobie myślenia, analizowania, w precyzji i odpowiedzialności.

Pamiętasz swój radiowy debiut?

Trudno o nim zapomnieć. To był 1993 rok, pierwszy finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wcześniej przez kilka tygodni tylko pisałem informacje — początkujących nie wpuszczano na antenę tak łatwo. WOŚP okazała się ogromnym zaskoczeniem i wielkim wydarzeniem. Wysłano mnie wtedy z grupą młodych osób „w miasto”, żebyśmy patrzyli, słuchali i opowiadali, co się dzieje.

Jacek Grudzień i Mariusz Woźniczka w czasie WOŚP
Jacek Grudzień i Mariusz Woźniczka w czasie WOŚP, fot. prywatne archiwum

Miałeś opowiedzieć o Orkiestrze w popołudniówce „Radiowir” prowadzonej przez Mariusza Woźniczkę.

Wszedłem na antenę z kluchą w gardle. I wtedy padło pytanie, które pamiętam do dziś: „Co chciałbyś robić w radiu?” Odpowiedziałem: rozmawiać z ludźmi. Co mówiłem o WOŚP, nie pamiętam (śmiech).

Czym jest dla ciebie rozmowa?

Sensem życia. Zawsze powtarzam studentom dziennikarstwa, że gdybym miał płacić za jedną przyjemność, na której w życiu udało mi się zarabiać, byłaby to właśnie rozmowa. Bez niej nie potrafiłbym żyć ani funkcjonować. Spotkania z ludźmi, ciekawość ich świata, ich historii — a także ich ciekawość mnie — tworzą rdzeń. Bez tego wszystko straciłoby sens. Mam ogromne szczęście, że ten sens stał się jednocześnie moją pracą.

Wartoprzeczytać

Paweł Kwiatkowski w Piotrkowie Trybunalskim

Paweł Kwiatkowski przez 10 lat szedł… do Radia Łódź. „Marzenia naprawdę się spełniają” [ROZMOWA]

27 września 2026
Jakub Wielgus w archiwum Radia Łódź

Jakub Wielgus całe życie w Radiu Łódź. „Bez ludzi byłoby tylko budynkiem pełnym sprzętu” [ROZMOWA]

28 sierpnia 2026
Iwona Błaszczyk przy stole realizatorskim

Iwona Błaszczyk od 38 lat po drugiej stronie radia. „To więcej niż miejsce pracy” [ROZMOWA]

28 lipca 2026
Piotr Stańczyk

Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA]

29 czerwca 2026

Masz „złotą zasadę”, która powinna przyświecać dziennikarzowi?

Na końcu zawsze liczy się rzetelność. Dziennikarstwo to nie pogoń za klikami czy krzykliwymi tytułami, tylko misja. Nie zmieniamy świata od razu, ale nasza praca może go kształtować. Podczas wojen dziennikarze bywają „groźni”, bo pokazują prawdę i wpływają na bieg wydarzeń. Dziennikarz to ktoś, kto uważnie obserwuje, zadaje trudne pytania i weryfikuje każdą informację. Jeśli ktoś widzi w tym tylko wyścig o pierwszy news, nigdy nie poczuje prawdziwego piękna tego zawodu.

Jacek Grudzień w studiu Radia Łódź prowadzi poranny program (2001), fot. Daniel Klimczak, Agencja Gazeta
Jacek Grudzień w studiu Radia Łódź prowadzi poranny program (2001), fot. Daniel Klimczak, Agencja Gazeta

Jako dziennikarz dotknąłeś praktycznie każdego gatunku tego rzemiosła.

Robiłem niemal wszystko, co można robić w radiu. Byłem reporterem, publicystą, a ta dziennikarska droga doprowadziła mnie w końcu do tego, o czym marzyłem od początku: do prowadzenia programów. Ranki były spełnieniem marzeń każdego radiowca — moich też. Miałem również okazję zajmować się reportażem, co było kolejnym cennym doświadczeniem.

Mówi się, że reportaż jest najtrudniejszą materią.

Zrobiłem dwa i wiem jedno — są ludzie dużo zdolniejsi, lepsi ode mnie, i niech oni się tym zajmują. Nie będę się z nimi konfrontował, bo przegrałbym. Nie mam tyle cierpliwości, a ten gatunek jej wymaga.

Co zatem sprawiało ci największą frajdę?

Rozmowa z drugim człowiekiem. Momenty, kiedy wiesz, że w niewielkim stopniu zmieniłeś jego świat. Nie chodzi mi o interwencje czy spektakularne akcje reporterów, jak np. Asi Karp, dzięki której kobiecie przydzielono mieszkanie, choć nie potrafiła poradzić sobie z urzędniczą biurokracją. Chodzi o coś prostszego, a jednocześnie niezwykłego: ktoś cię wysłuchał. Po czasie powie: „Pamiętam, jak to robiłeś.” I to daje prawdziwą satysfakcję.

A rozmowa „na żywo”?

Gdy jej doświadczam, czuję adrenalinę porównywalną ze sportami walki. Nie wiem, co się wydarzy, a gdy zapala się lampka… jestem całkowicie w tym momencie. To tak pozytywne emocje, że właśnie stąd bierze się „narkotyk radia”. Dlatego radiotami są ludzie, którzy nie potrafią bez radia żyć.

Wspomniałeś, że masz szczęście do ludzi. Od kogo czerpałeś w Radiu Łódź najwięcej?

Trafiłem na ludzi formatu. Jednym z moich najważniejszych autorytetów był Jan Nowak — warsztatowy geniusz. Pamiętam, jak już schorowany pytał: „Panie Jacku, ile mam mówić?”. Odpowiedziałem: trzydzieści sekund. I on, mimo że poruszał się z trudem, mówił z precyzją stopera. Radio Łódź było i jest pełne znakomitych dziennikarzy: Mariusz Woźniczka, Marek Wilczak, Piotrek Wolski, który trafił do BBC, Jarek Turek z niesamowitą umiejętnością abstrakcyjnego myślenia, Piotrek Andrzejczak, ikona radia. Nie mogę nie wymienić Moniki Czerskiej, której warsztat jest absolutnie niepodrabialny. Nie musiałem szukać Kapuścińskich. Mistrzów miałem obok siebie.

W Radiu Łódź poznałeś także legendarnego „Kuriera z Warszawy”.

To zasługa Janka Nowaka, który zajmował się specjalnymi gośćmi. Do dziś najbardziej uderza mnie to, że Jan Nowak-Jeziorański po prostu… przyjeżdżał do mnie. Tak zwyczajnie, żeby porozmawiać. Z tych wizyt powstał cykl rozmów, jedno z najważniejszych doświadczeń w moim życiu zawodowym. Wciąż pamiętam tamte emocje. Władze radia próbowały go zapraszać do siebie, a on odpowiadał: „Nie, nie. Ja jestem umówiony z panem Jackiem”. Rano siadał ze mną w studiu, rozmawialiśmy godzinę. To była czysta radość — uczucie, którego nie da się z niczym porównać. Zawsze będę dumny z tego, że podkreślał: jesteśmy kolegami.

Jacek Grudzień i Jan Nowak-Jeziorański w Radiu Łódź
Jacek Grudzień i Jan Nowak-Jeziorański w Radiu Łódź, fot. prywatne archiwum

Tęsknisz za dawnym radiem?

Za samym radiem nie tęsknię — świat się zmienia, a media z nim. Dziennikarstwo przechodzi największy kryzys w swojej historii, ale paradoksalnie jest to bardzo ciekawy moment. Radio stało się multimedialne: podcasty, wideo, obecność w social mediach — to wszystko mnie fascynuje. Bez wielkich kampanii, dzięki samej aktywności w sieci, można dziś zajść naprawdę wysoko. Tęsknię przede wszystkim za dawnymi relacjami i młodością (śmiech). Mieliśmy dla siebie więcej czasu, byliśmy bliżej, więcej rozmawialiśmy o radiu i o pracy.

Radiowa rodzina.

Dosłownie. Spotkania po godzinach, wspólne wyjazdy, eventy, a nawet śluby i wesela. W redakcji było kilkunastu świadków i chrzestnych. Taki był wtedy standard tego radia. To była prawdziwa wspólnota, choć momentami bardzo temperamentna. Potrafiliśmy się kłócić „na śmierć i życie”, w sposób, który dziś pewnie skończyłby się w sądzie. A następnego dnia… pracowaliśmy razem, jakby nic się nie stało, bo liczył się wspólny cel. I co najzabawniejsze — często nie pamiętaliśmy nawet, o co poszło.

Brakuje ci tego?

Nie powinienem mówić tego jako szef Radia Łódź, ale tak. Tego, że można było sobie ostro powiedzieć, a mimo to mieć pewność, że gramy do jednej bramki. Dziś często bywa odwrotnie — kłócimy się, nie wiemy o co, ale czujemy, że ktoś „zrobił nam krzywdę”. Tamten świat był surowszy, ale paradoksalnie bliższy. Pełen emocji.

Także sportowych.

To prawda. Jesteśmy mistrzami Polski rozgłośni Polskiego Radia w piłce plażowej — i to piękny mit Radia Łódź. Nasze granie w piłkę było czymś więcej niż sportem. Było takim samym spotkaniem towarzyskim jak wspólne śluby, wesela czy dziesiątki imprez. Po prostu kolejne miejsce, gdzie byliśmy razem.

Ekipa Radia Łódź na turnieju piłki plażowej
Jacek Grudzień (drugi z prawej w górnym rzędzie) i ekipa Radia Łódź na turnieju piłki plażowej, fot. prywatne archiwum

Skąd wziął się pomysł na sportową rywalizację?

Zaczęło się niewinnie. W tygodniu zbieraliśmy się pograć i ktoś rzucił, że Radio Szczecin organizuje mistrzostwa. Zmontowaliśmy drużynę i pojechaliśmy. Zajęliśmy ostatnie i przedostatnie miejsce, a na ostatni mecz nie byliśmy w stanie skompletować składu — wszyscy kontuzjowani, bieganie po piachu przerosło nas totalnie. Wróciliśmy zachwyceni i powiedzieliśmy: „Za rok jedziemy znowu”.

Sportowcy po porażce często mówią: wrócimy silniejsi.

Z nami było podobnie (śmiech). Rok później byliśmy wicemistrzami, a dwa lata później — nie było na nas mocnych. Nie dlatego, że mieliśmy wielkich piłkarzy. Byliśmy zawzięci i tworzyliśmy drużynę. Między sobą mogliśmy pokłócić się „na noże”, ale na zewnątrz broniliśmy się jak rodzina. Jeśli ktoś powiedział coś złego o kimś z naszej ekipy, miał problem. Może dlatego udało nam się wygrać z zespołami, które miały zawodowych piłkarzy. My mieliśmy tylko siebie — i to wystarczyło.

Rywalizowaliście nie tylko z dziennikarzami.

W Łodzi ważnym wydarzeniem był piłkarski turniej komendanta straży miejskiej Sławomira Seligi. Grały w nim: redakcje mediów, partie polityczne, a nawet klerycy z seminarium. Ci ostatni nie unikali ostrej gry (śmiech). Wygrywali zwykle strażnicy, ponieważ komendant bardzo dbał o ich treningi. Turniej, choć może niedoceniany, integrował lokalne środowiska — od dziennikarzy, przez strażników miejskich, po duchownych, przyszłych biskupów. Te znajomości często przetrwały do dziś. Dla mnie fenomenem było to, że cała radiowa ekipa identyfikowała się z naszą drużyną piłkarską — od portiera po osoby od kultury. Wszyscy wiedzieli, kto gra: Tomek Miksa, Bartek Florczak, Piotrek Krysztofiak i inni. To była prawdziwa, wspólna pasja.

Jacek Grudzień podczas meczu piłki nożnej, fot. prywatne archiwum
Jacek Grudzień podczas meczu piłki nożnej, fot. prywatne archiwum

Ponad kibicowskimi podziałami.

W redakcji zawsze był podział na ŁKS i Widzew. I te animozje też były ciekawe. Do dziś to wszystko regulują Piotrek Andrzejczak i Darek Postolski. Niejedno małżeństwo tyle nie przetrwało, co oni przez te wszystkie lata. Wyznaczyli standardy. Jeden jest ikoną ŁKS, drugi Widzewa.

Choć nie ukrywasz, że jesteś kibicem ŁKS Łódź, pierwsze sportowe kroki stawiałeś w innym łódzkim klubie – Resursie. Trenowałeś judo.

Przez wiele lat. Wtedy nie było sportu zawodowego, więc mogę powiedzieć, że byłem profesjonalnym amatorem (śmiech). Doszedłem do całkiem niezłego poziomu akademickiego. Na studiach wspólnie z grupą przyjaciół jeździliśmy po Polsce i Europie, startowaliśmy w turniejach, zdobywaliśmy medale. To bardzo ważna część mojego życia. Judo to bardzo wymagający i techniczny sport, ale jednocześnie bardzo wdzięczny i piękny.

Jak to się zaczęło?

Nie wierzę w przypadki, choć ta historia znów zaczyna się od przypadku. Mieszkałem w bloku na Karolewie, gdzie każdy znał każdego. Pewnego dnia tata kolegi — po cichu, bo byłem chorowitym „chucherkiem” z problemami oddechowymi — namówił mnie i dwóch chłopaków na judo. Jego syn chciał trenować, ale brakowało mu odwagi, więc potrzebował ekipy. Przez pierwsze miesiące ojciec kolegi woził nas na treningi, a moi rodzice nie mieli o niczym pojęcia. W końcu zostałem na judo sam i zacząłem dojeżdżać tramwajem 26. Trener dopiero po czasie zorientował się, że jeżdżę samotnie, a mój tata dowiedział się o wszystkim… na moich pierwszych zawodach „pierwszego kroku”. Wygrałem jedną walkę — i to wystarczyło, by wybaczył mi całą tę konspirację (śmiech). Judo zostało ze mną na 12 lat, dając mi siłę i porządną dawkę charakteru.

Co jeszcze „otrzymałeś” od sportu?

Przyjaciół — to na pewno. Choć widujemy się rzadko, więź zbudowana na macie wciąż działa tak samo: spotykamy się po latach i możemy iść razem wszędzie, jak kiedyś. Dzięki judo pierwszy raz wyjechałem za granicę — do Holandii, Włoch, Austrii. Trenowaliśmy w Ośrodkach Olimpijskich w Cetniewie i Zakopanem. Często odgrywaliśmy rolę sparingpartnerów. Resursa była świetnym klubem: mocni zawodnicy, młodzieżowcy szykujący się do Mistrzostw Świata i Europy — trenowanie z nimi to była szkoła życia. Mógłbym długo opowiadać, ale w pamięci zostały przede wszystkim endorfiny i dobre wspomnienia.

Jacek Grudzień w „radiowym” wehikule podczas wydarzenia „Ślizg na Byle Czym”, fot. prywatne archiwum
Jacek Grudzień w „radiowym” wehikule podczas „Ślizgu na Byle Czym”, fot. prywatne archiwum

Spójrzmy w przyszłość. Radio jako medium ma szansę przetrwać?

Radio już przetrwało — a nawet wygrało. Tamtego medium „o 19:30 w odbiorniku” nie ma i nie będzie, ale radio w nowej formie ma się świetnie, jest oparte na zaufaniu — najlepiej dostosowało się do zmiany sposobu, w jaki dziś konsumujemy media. Paradoksalnie Internet i social media bardziej zagroziły telewizji niż radiu.

Dlaczego tak się stało?

Radio szybko zrozumiało, że Internet to nie dodatek, tylko druga antena. Stało się multimedialne: audio, wideo, zdjęcia, podcasty, treści na żądanie. A jakość nadal jest kluczowa — w radiu trudniej coś udawać, słuchacz wymaga przygotowania i prawdziwej kompetencji. To jak historia Steve’a Jobsa i Nokii. Finowie mówili: „Mamy najlepsze telefony, najlepsze baterie, jesteśmy niezagrożeni”. A szef Apple odpowiedział: „Telefon może być telewizją, asystentem życia, osobistym komputerem”. Wygrała wielofunkcyjność. Co ciekawe, telewizyjni giganci wciąż tego nie rozumieją. A radio? Pytanie, czy potrafi się wspinać dalej.

Sztuczna inteligencja nie jest zagrożeniem dla radia?

AI jest tylko narzędziem, które może ułatwiać pracę — szybciej zrobić research, przygotować umowę czy podsunąć rozwiązania, na które byśmy nie wpadli. Nie zastąpi jednak człowieka na antenie. Problem zaczyna się wtedy, gdy ludzie przestają rozmawiać i zaczynają zadowalać się wyłącznie wygenerowanymi komunikatami. Nie zauważają, nawet kiedy robią się zgorzkniali i dlaczego ich życie traci na jakości — choć mają pieniądze, samochód, wszystko „na miejscu”. Kończą na samotnym oglądaniu seriali. Publiczne radio, takie jak Radio Łódź, ma tu ważną rolę: przypominać, że na końcu zawsze jest człowiek.

Jako wykładowca na Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi masz kontakt z młodymi ludźmi. Myślą podobnie?

Oni naprawdę szukają relacji, kontaktu, żywego głosu. Chcą odbierać emocje, nawet jeśli dziennikarz popełni błąd na antenie. Sztuczna inteligencja może taki błąd zasymulować, ale to wciąż będzie udawane. Człowiek pomyli się inaczej — właśnie to jest wartością.

Zostańmy na chwilę przy AHE. To też przypadek w twoim życiu?

Nie inaczej (śmiech). Marek Palczewski stworzył w Polsce pierwszy praktyczny kierunek dziennikarski ze studiem radiowym i telewizyjnym. Studenci nie słuchali wykładów o pracy dziennikarza — po prostu ją wykonywali. Zostałem zaproszony do współpracy. Jestem wykładowcą, ale byłem też dziekanem i zarządzałem uczelnią.

Co ci daje praca ze studentami?

To ogromna wartość. Przychodzę z wiedzą, ale i pokorą: uczę ich, a oni uczą mnie krytycznego myślenia, nowych sposobów patrzenia na świat i zdobywania informacji. Dzięki temu rozwijam się jako dziennikarz i szef. Największą nagrodą jest widzieć, jak moi byli studenci prowadzą topowe programy informacyjne lub po prostu stają się mądrymi, otwartymi ludźmi — to trochę jak mieć kilkaset własnych dzieci.

Co mówisz studentom jako wykładowca?

Dobry dziennikarz nie musi być idealnym technikiem. Liczy się wrażliwość, ciekawość i umiejętność słuchania. Sting czy Bob Dylan nie wygraliby żadnego talent show, a jednak słuchają ich miliony. W dziennikarstwie — jak w muzyce — najważniejsze jest to, co masz do przekazania, a nie perfekcja techniczna. Dzięki temu każda rozmowa może stać się przygodą, a nie tylko kolejną godziną w planie zajęć. Zachęcam ich także, żeby byli sobą. Nie udawali nikogo i nie ścigali się ze swoimi idolami. Warto słuchać mądrych ludzi, ale należy wybierać to, co do nas pasuje. Jeśli ktoś jest introwertykiem, niech nie próbuje na siłę być Marcinem Prokopem — warto pielęgnować swój temperament i uczyć się, jak uczynić go atutem, także medialnym.

To samo mówisz w Szkole Filmowej w Łodzi, z którą także współpracujesz?

Rada jest podobna, tylko grupa odbiorców inna. Prowadzę zajęcia na studiach niestacjonarnych Wydziału Organizacji Sztuki Filmowej, moi studenci często pracują zawodowo. W zawodach twórczych i producenckich łatwo zgubić radość z realizowania projektów w pogoni za budżetami czy sponsorami. Dla mnie szczęście to praca będąca pasją przez większość życia. Spędzając kilkanaście godzin dziennie na czymś, co daje radość i rozwój, naprawdę warto do tego dążyć. Jeśli nie — czas ucieka, a zamiast satysfakcji zostaje tylko myślenie o końcu dnia czy zarobieniu na wakacje.

Jest coś, czego nie lubisz w radiu?

Braku czasu i tego, że radio bywa jak „narkotyk” — ciągle w głowie. Zdarza mi się prowadzić rozmowy sam ze sobą, kiedy chciałbym myśleć o letniej łące i wakacjach. Nawet jeśli dziś bardziej oceniam i kreuję, niż prowadzę audycje, to radio nadal trzyma mnie mocno. A ja nie mam do niego dystansu — zwłaszcza do Radia Łódź. Dlatego, gdy pytasz, za co mogę nie lubić radia, wiem, że nigdy nie odpowiem do końca szczerze. Tu szczerość zawsze miesza się z… nieszczerością.

Gdybyś nie pracował w radiu, czym byś się zajmował?

Nigdy nie robię takich analiz. Moje życie zbudowały przypadki, rozmowy i szanse, które się pojawiały. Radio przyszło naturalnie w 1992 roku i dało mi wiele fantastycznych wrażeń. Z pewnością po drodze popełniłem wiele błędów i dokonałem złych wyborów. Czasu przecież nie cofnę.

Jacek Grudzień (pierwszy z lewej w dolnym rzędzie) z ekipą Radia Łódź
Jacek Grudzień (pierwszy z lewej w dolnym rzędzie) z ekipą Radia Łódź, fot. prywatne archiwum

Gdybyś jednak mógł cofnąć się w czasie, co powiedziałbyś młodemu Jackowi Grudniowi, który dopiero zaczyna swoją przygodę z mediami?

Bądź ciekawy świata i ludzi. Mówiliśmy o debiucie antenowym u Mariusza Woźniczki. Rozmowa rzeczywiście stała się dla mnie sensem życia. Wtedy jednak palnąłem „Chciałbym rozmawiać z ludźmi”, aby uniknąć ciszy, której radio nie lubi. To nie było przemyślane. A stało się sednem całej mojej zawodowej drogi. Dlatego radziłbym sobie z przeszłości, żeby ciągle szukać bodźców, nie utknąć w domu z serialami, tylko wychodzić do ludzi, mieć zajawkę na świat. To bywa męczące dla bliskich. Dziennikarz często żyje swoją pracą także poza nią — ale dzięki temu jest spełniony.

Twoja kariera to nie tylko radio — jesteś człowiekiem mediów.

Menadżerem kultury, producentem, prowadzę własną firmę. Ale prawdą jest, że wszystko zaczęło się od radia. Nauczyło mnie wyborów, otwierało kolejne ścieżki, a czasem — gdy w radiu działo się różnie — popychało do szukania nowych rozwiązań. I za to mogę być tylko wdzięczny.

Zdobyłeś wiele nagród. Mają dla ciebie znacznie?

Oczywiście, choć zacząłem startować w konkursach głównie po to, żeby zweryfikować swoją wiedzę i umiejętności — trochę też zostałem do tego zmuszony. Do pierwszego konkursu zgłosiłem po tym, jak usłyszałem, że mój głos „nie pasuje do muzyki” i nie powinienem prowadzić programów. Niedługo później zdobyłem kartę mikrofonową S i ekranową S, więc jednak mam papiery na to, że mój głos i twarz potrafią współpracować z mediami. To była mocna motywacja (śmiech).

Dziennikarstwo to niewymierny zawód.

Jednego dnia czujesz, że nic nie umiesz, a następnego konkurs potrafi to zweryfikować. Wysyłasz swoją pracę, ktoś mówi: „To jest dobre” — i nagle masz argumenty, że jednak coś potrafisz, plus dodatkowy napęd do działania. Konkursy były dla mnie sprawdzianem warsztatu, nie celem samym w sobie. Oczywiście, każdy jest trochę próżny. Nagrody, nawet nieformalne — nominacje czy wyróżnienia od łódzkich społeczników — dają ogromną satysfakcję.

Któraś z nagród zajmuje szczególne miejsce w twoim sercu?

Nieskromnie powiem, że nagród było sporo i każda była inna — za każdą szły świetne wrażenia. Wyróżnienie Press (dla Najlepszego Dziennikarza Regionu Łódzkiego – red.) było niesamowite, bo kompletnie się go nie spodziewałem. Nie myślałem, że koledzy mogą mnie tak docenić — zawsze czułem się trochę outsiderem. Drobne czy duże, nagrody od dyrektorów uczelni po przyjaciół z ASP miały ogromną wartość. Wynikały ze wspólnej pracy, rozmów i pasji. Robić coś razem ze studentami i naukowcami, a potem stać obok nich na scenie i słyszeć, że jestem ich przyjacielem — to było genialne.

Myślałem, że wskażesz odzyskanie „Serca Łodzi”.

To nagroda, której nie mogę postawić na półce (śmiech). Rzeczywiście, jest niesamowita. Jako współautor projektu mogłem poczuć się dosłownie jak gwiazda rocka.

Odsłonisz kulisy?

W 2011 roku odzyskaliśmy skradzione „Serce Łodzi” — dzwon z Archikatedry, który padł łupem Niemców podczas II wojny światowej. Poznałem tę historię dzięki księdzu Ireneuszowi Kuleszy. Wtedy padło kluczowe zdanie: „Przywróćmy dzwon mieszkańcom”. Dzwon, który od 1911 roku wisiał w katedrze, był symbolem fabrykanckiego snobizmu, bo ufundowali go wszyscy łodzianie. W dodatku podczas I wojny światowej udało się go obronić. Decyzja była więc prosta — musiał wrócić na swoje miejsce.

Gotowy materiał na film fabularny.

Z powodu ograniczonych możliwości finansowych postawiliśmy na tańszą opcję, czyli komiks. Stworzyliśmy go wspólnie z księdzem Kuleszą i Krzysztofem Dudkiem, ówczesnym szefem Narodowego Centrum Kultury. Nasze dzieło trafiło do szkół i wszystkich parafii. Z czasem inicjatywa przerodziła się w publiczną zbiórkę jak sto lat wcześniej. Udało się zebrać fundusze na odlanie nowego, czterotonowego dzwonu. Byłem przy tym osobiście — nawet wrzucałem kawałki, jak głosiła legenda, starych opiłków do pieca u ludwisarza pod Gliwicami. I udało się! Dzwon przez pół roku stał przy katedrze, a dziś dzwoni podczas wielkich świąt i ważnych uroczystości.

To namacalny dowód, że rozmowę i pasję można przemienić w dobro kultury dla wszystkich.

Większość rozmów kończy się na planach, a my zamieniliśmy słowa w czyn — w dzwon. Poprzedni „Zygmunt”, choć miał dorównywać wawelskiemu, wśród mieszkańców zawsze był „Sercem Łodzi”. Nowy dzwon przejął właśnie tę nazwę i stał się naszym własnym kawałkiem historii. To była niesamowita przygoda: stałem na scenie, a kilkanaście tysięcy ludzi witało dzwon w procesji, dokładnie jak w 1911 roku. „Serce Łodzi” znów przypomniało, że Łódź od zawsze była wielokulturowym miastem — pochodzenie czy wyznanie schodziły na drugi plan. A losy rodzin Geyerów czy Bidermannów niosą w sobie i dumę, i tragiczne doświadczenia XX wieku.

Masz jakieś zawodowe marzenia, może cele do zrealizowania?

Chciałbym, żebyśmy znów stali się mentalnie Radiem Łódź z lat dziewięćdziesiątych — zgranym, przyjacielskim i świadomym swojej siły. To wymaga pracy: budowania zaufania, rozmów, wspólnej dumy z sukcesów zespołu. Radio wciąga mnie tak bardzo, że czasem brakuje miejsca na inne pasje, ale tak funkcjonuję — w trybie zadań. Przed nami jeszcze wiele wyzwań. Chcemy stać się jedną z najważniejszych instytucji w kraju — nie tylko medialną, ale też kulturalną i moralną. Codzienne, małe cele mają nas tam doprowadzić.

Jacek Grudzień jako reporter rozmawia z Krzysztofem Kieślowskim, fot. prywatne archiwum
Jacek Grudzień jako reporter rozmawia z Krzysztofem Kieślowskim, fot. prywatne archiwum

Z sentymentem wspominasz dawne Radio Łódź. Dlaczego odszedłeś w 2012 roku?

Zostałem szefem łódzkiego ośrodka Telewizji Polskiej. Nie da się być jednocześnie dobrym dziennikarzem i dobrym dyrektorem. Musiałem wybrać. Mój głód radioty był silny, musiałem wrócić.

Przerwa trwała aż dwanaście lat.

Po moim powrocie mogę jednak powiedzieć, że w Radiu Łódź robiłem wszystko (śmiech).

Coś cię zaskoczyło, gdy wróciłeś do rozgłośni z Narutowicza?

Spodziewałem się miejsca pełnego energii, a trafiłem na ciszę — jak w szpitalu. W redakcji siedziały tylko dwie osoby. Zapytałem: „Gdzie są reporterzy?”, usłyszałem: „Zawsze tak jest”. To było smutne radio. Była jednak też druga strona. Kiedy zacząłem otwierać kolejne drzwi i zaglądać do pokojów, zobaczyłem znajome twarze — ludzi, którzy od lat byli siłą tej stacji. Pomyślałem wtedy, że tę energię trzeba z powrotem obudzić.

Obecnie zarządzasz Radiem Łódź, wcześniej pracowałeś jako dyrektor Wydziału Kultury w Urzędzie Miasta Łodzi, byłeś też szefem TVP Łódź. Nie zaczynasz się czuć „dyrektorem z zawodu”?

Od lat zarządzam, ale przede wszystkim pozostaję dziennikarzem. Szefem jestem „przy okazji”. W Radiu Łódź zaczynałem od kultury — interesowały mnie teatry, jako pierwszy przeprowadziłem rozmowę z Waldemarem Zawodzińskim, który przyjechał szefować do Jaracza z Krakowa. Mam nadzieję, że zarządzanie nie zredukowało mnie do roli „dyrektora z zawodu”. Oczywiście, komentarze były różne: od „Dziennikarz w Wydziale Kultury, a nic się na tym nie zna” po „Urzędnik zostaje szefem Radia Łódź”. To moim zdaniem tylko potwierdza, że zawsze najważniejsze pozostaje dziennikarstwo, a funkcja kierownicza jest dodatkiem.

Wspomniałeś o teatrze. Skąd wzięła się u ciebie zajawka na kulturę?

Zajmowałem się kulturą w Radiu Łódź, ale to nie rozgłośnia mnie jej nauczyła. To zasługa mojej mamy. Kiedy byłem w podstawówce, podrzucała mi książki, nawet te „dla starszych dzieci”. Mając 11-12 lat zacząłem też chodzić do teatru, nawet na „dorosłe” spektakle Kazimierza Dejmka. Wtedy też zaczęło się moje myślenie, że kultura – nie mylić z rozrywką – buduje mądre społeczeństwo: uczy refleksji, wrażliwości i odporności na marketingowe bzdury. Kultura pobudza wyobraźnię, zmusza do refleksji i budzi zmysły, które dziś często pozostają uśpione.

Spektakl, który pobudził twoje zmysły?

„Tango” w Teatrze Nowym otworzyło mi drogę do twórczości Sławomira Mrożka. Przeczytałem wszystko, co napisał. A jego opowiadanie „Ci, co mnie niosą” pokazało, jak abstrakcyjny humor i dystans mogą rozszerzać horyzonty i dawać ogromną radość. Myślę, że Stanisław Mrożek był moim pierwszym prawdziwym idolem. Po latach, dzięki Radiu Łódź, miałem przyjemność się z nim spotkać. To było niesamowite doświadczenie.

Skoro tak, zostańmy przy literaturze.

W liceum przeczytałem „Sto lat samotności”. To był czas boomu na literaturę iberoamerykańską. Moja fascynacja Gabrielem Garcią Márquezem poszła tak daleko, że miałem pierwszy egzemplarz dosłownie podklejony taśmą – z serii prozy iberoamerykańskiej Wydawnictwa Śląskiego. Po 1989 roku, kiedy książki nagle stały się towarem pożądanym, a na łóżkach polowych sprzedawano całe stosy nowości, zaczęto masowo wznawiać ten tytuł. Kupowałem wszystkie wznowienia — mam chyba pięć albo sześć wydań. Do dziś nie wiem po co, bo większości nawet nie przekartkowałem.

Co cię zafascynowało w prozie Marqueza?

Kwestia jego myślenia i umiejętność wciągania w opowiadaną historię. W trakcie czytania z głowy uciekają wszystkie demony, przenosisz się w inny świat. Podobnie jest przy słuchaniu muzyki.

Skoro wywołałeś ten temat, jakiej muzyki słuchasz?

Łatwiej powiedzieć, czego nie słucham — bo słucham wszystkiego (śmiech). Jako nastolatek byłem punkiem, chodziłem na Żubardzką na koncerty legendarnych zespołów, m.in. dzięki Ziemkowi Kosmowskiemu i jego Brakowi, a także Bogusiowi Michalonkowi. Brat cioteczny wciągnął mnie też w klasyczny rock, a pierwszą płytą, którą pokochałem, było „Made in Japan” Deep Purple. Później przyszły cięższe grania, ale równie mocno fascynuje mnie… jazz — od Milesa Davisa po Johna Zorna. Z muzyką mam prostą zasadę: jeśli coś mnie wciągnie, nie liczą się poglądy ani opinie innych. Tak było na jednym z pierwszych Openerów w Gdyni, kiedy kompletnie mnie oczarował Faithless — tak odkryłem elektronikę, której nigdy bym się nie spodziewał pokochać.

Jacek Grudzień i Marcin Bors w Studiu im. Henryka Debicha w Radiu Łódź, fot. prywatne archiwum
Jacek Grudzień i Marcin Bors w Studiu im. Henryka Debicha w Radiu Łódź, fot. prywatne archiwum

A jakie trzy płyty zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę?

Trudne pytanie, bo ostatnio muzycznie podążam za zainteresowaniami mojego syna. Jeśli jednak mam wybrać trzy, to pierwsza byłaby „Live (X-Cert)” The Stranglers — mój stary muzyczny fetysz z czasów, gdy zagraniczne albumy były niemal nie do zdobycia. Pamiętam okładkę, każdy utwór i emocje, które towarzyszyły mi przy pierwszym odsłuchu. Do dziś wracam do niej z taką samą przyjemnością. Drugi album to „Master of Reality” Black Sabbath — zespół, który zawsze mnie fascynował, a ta płyta wciąż ma niesamowitą moc. Choć równie dobrze mógłby to być któryś z ich innych klasyków albo często niedoceniane „Heaven and Hell”. Trzecia byłaby „2001” Dr. Dre — płyta, która mnie resetuje i wciąga za każdym powrotem. Te trzy krążki to nie tylko muzyka, ale wspomnienia i emocje, które się nie starzeją.

A jakiej muzyki nie jesteś w stanie słuchać?

Country. Mam na to alergię — nic na to nie poradzę.

Teatr, literatura, muzyka. Jak było z filmem?

Nie pamiętam pierwszego filmu obejrzanego w kinie, ale pamiętam momenty, które sprawiły, że naprawdę wkręciłem się w kino. Jednym z nich był „Strach na wróble” z Alem Pacino i Genem Hackmanem — w liceum oglądałem go kilka razy, dziś chyba nie udźwignąłbym go emocjonalnie.

Jacek Grudzień z Zygmuntem Kałużyńskim i...
Jacek Grudzień, Anna Nowakowska i Zygmunt Kałużyński (w środku) – zdjęcie z legendarnym krytykiem filmowym przed budynkiem Radia Łódź, fot. prywatne archiwum

Mocne kino drogi – o męskiej przyjaźni.

W szkolnych czasach chodziłem do DKF-u. Tam trafiłem też na lżejsze tytuły – „Jabberwocky” czy „Monty Python i Święty Graal” – filmy, które kompletnie wywróciły moje poczucie humoru i sposób patrzenia na kino. Do dziś uwielbiam również szaloną komedię „Ściśle tajne”, z genialnym Valem Kilmerem jako amerykańskim szpiegiem. No i są klasyki, do których wracam zawsze, gdy tylko pojawią się w telewizji. „Ojciec chrzestny” — bez znaczenia która część — to dla mnie seans obowiązkowy.

A z polskich filmów?

W DKF obejrzałem „Ręce do góry” Jerzego Skolimowskiego. Seans był krótko po tym, jak film przestał być „półkownikiem”. Kompletnie mnie powalił — właśnie abstrakcyjnością, którą uwielbiam. Bardzo ważna była dla mnie także twórczość Janusza Morgensterna – robił kino absolutnie uniwersalne.

Sam jesteś twórcą filmowym. Zajmujesz się jednak kinem dokumentalnym.

Moje filmy są trochę inne. Najważniejsza jest dla mnie opowieść, dlatego czasem świadomie łamię zasady, które stosują dokumentaliści. Miałem szczęście znać Grzegorza Królikiewicza — wybitnego badacza kina i świetnego dokumentalistę. Nigdy nie poszedłbym w stronę, którą on tworzył, ale samo obcowanie z nim było inspirujące.

Co cię fascynuje w kinie dokumentalnym?

Przede wszystkim praca z człowiekiem — odkrywanie go i pokazywanie w sposób, którego często wcześniej sam nie przewidziałem. Uwielbiam też postprodukcję; tam rodzi się rytm filmu. Plan zdjęć to jedno, ale bohater potrafi poprowadzić cię w zupełnie inną stronę. Ta nieprzewidywalność, ta adrenalina — jest bardzo podobna do radia na żywo. I właśnie to mnie w dokumencie najbardziej kręci.

Powiedziałeś, że nie lubisz muzyki country, a twój pierwszy filmowy bohater – Aleksy Rżewski – był żywcem wyjęty z westernu, który koresponduje z tym gatunkiem muzycznym.

Powiedzmy uczciwie, do opowieści o pierwszym prezydencie Łodzi w II RP bardziej pasuje blues z Delty Mississippi (śmiech).

Skąd pomysł na film „Przebój – Aleksy Rżewski”?

Jak zawsze – z rozmów. Ktoś zwrócił mi uwagę, że mamy w Łodzi bohatera jak z filmu fabularnego: barwnego, nieoczywistego, wręcz hollywoodzkiego. Zacząłem czytać o Rżewskim i pomyślałem: „Rzeczywiście, to gotowy materiał na fabułę”. Tyle że nie miałem ani doświadczenia, ani partnerów, ani budżetu, żeby taki film zrobić. Zaczęliśmy więc rozmawiać o dokumencie — i to okazało się strzałem w dziesiątkę.

Dokumencie fabularyzowanym.

Ruszyło domino zbiegów okoliczności i życzliwych ludzi. Na przykład Mariusz Jakus, który ostatecznie zagrał Aleksego Rżewskiego, mieszkał dosłownie obok rodziny naszego bohatera. Po jakimś czasie córka prezydenta mówiła do aktora „tatusiu” — tak bardzo wszedł w tę rolę.

Oprócz Mariusza Jakusa na ekranie pojawili się m.in. Lech Dyblik i Dobromir Dymecki. Jak ci się pracowało z aktorami?

Chyba nie lubię pracy z aktorami — nie dlatego, że są trudni, tylko dlatego, że fabuła wymaga pełnego planu. Wszystko musi być ustalone wcześniej, każdy gest i słowo. Praca przy scenach fabularyzowanych była świetną przygodą — aktorzy to kosmici, w najlepszym znaczeniu. Mimo to wolę wziąć kamerę, pojechać z bohaterem w teren i „powalczyć” z nim o prawdę. O to, żeby otworzył się przede mną i powiedział coś, czego zazwyczaj nie mówi nikomu innemu.

Aleksy Rżewski to bohater zapomniany.

Wygrała chyba nasza łódzka miłość — moja na pewno. Mieliśmy bohatera, którego miasto zupełnie nie wykorzystywało, a ja chciałem to zmienić, trochę edukować. I faktycznie: po premierze filmu jedna ze szkół, która szukała patrona, miało dwóch kandydatów — Wisławę Szymborską i Aleksego Rżewskiego. Dzieci nie znały Rżewskiego, więc zrobiliśmy pokaz i spotkanie. I szkoła wybrała właśnie jego. To było bardzo satysfakcjonujące.

Przy okazji filmu wyreżyserowałeś także teledysk do piosenki „Gwiazda” zespołu Psychocukier.

Znaliśmy się z Radia Łódź, opowiedziałem im tę historię, a chłopaki stwierdziły, że Aleksy Rżewski to „rock’n’rollowiec”. Później wyszło, że mają piosenkę idealnie pasującą klimatem. Zrobiliśmy teledysk — do dziś jest jednym z najpopularniejszych kawałków Psychocukru na YouTube. A jeśli mówimy o wideoklipach, to wspólnie z Krzyśkiem Skibą i grupą Big Cyc zrobiliśmy teledysk do piosenki „Uniwerek, ja i ty” – z okazji jubileuszu UŁ.

Jacek Grudzień obok Romana Polańskiego, fot. prywatne archiwum
Jacek Grudzień obok Romana Polańskiego, fot. prywatne archiwum

Przy „Przeboju. Aleksy Rżewski” pracowałeś z Ewą Puszczyńską – łódzką producentką filmową, stojącą za oscarowymi sukcesami m.in. „Idy” i „Strefy interesów”.

To było jeszcze przed sukcesem filmu Pawła Pawlikowskiego, ale już wtedy współpraca z Ewą Puszczyńską i Piotrem Dzięciołem z Opus Film była dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Z perspektywy czasu widać, jak wyjątkowe było to doświadczenie — pracować z nimi, zanim ich kariera wystrzeliła na światowy poziom. To była piękna, niezwykle komfortowa robota. Budżet mieliśmy mikroskopijny, a efekt wyglądał dużo „drożej”, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. I to zasługa właśnie tych dwojga — potrafią robić cuda z pieniędzmi, których… właściwie nie ma. Znów miałem furę szczęścia.

Nie można odmówić ci kreatywności. „Przebój” to fabularyzowany dokument z elementami… komiksu.

Nie będę udawać — ten film miał być trochę propagandowy. Chciałem, żeby obejrzały go dzieciaki, a dorośli przynajmniej zapamiętali nazwisko prezydenta. A że lubię mieszać konwencje i bawić się technologią, od początku wiedziałem, że rysunki będą ważne. Swoją wizję przedstawiłem Krzyśkowi Ostrowskiemu — jednemu z najlepszych polskich rysowników, dziś profesorowi ASP. Wciągnął się w temat, ożywił ilustracje i zrobił to praktycznie dla samego filmu, bo – jak mówiłem – nie mieliśmy na to budżetu. To było niesamowite. Dokumentacji fotograficznej było mało, na inscenizacje nie było środków, komiksowa kreska okazała się idealnym rozwiązaniem. Dzięki niej ta historia naprawdę ożyła.

Twoim kolejnym bohaterem był Hovhannes Yazichyan w filmie „Zapach ziemi”.

Znamy się od ponad 20 lat, jeszcze z czasów judo. Hovhannes jest mistrzem sportów siłowych i trenerem sportów walki. Wyjechał z Armenii do Polski po wojnie, na której walczył. Judocy — w tym ja — trochę mu pomogli. Chciałem opowiedzieć historię człowieka, którego nie da się zamknąć w szufladce: Ormianin? Polak? A może po prostu porządny człowiek, który kocha ludzi i dzieci, i ma w sobie taki honorowy rys, że jak powie „jestem twoim przyjacielem”, to na zawsze. To była moja motywacja: pokazać dobrego człowieka, jakich często mijamy, nawet o tym nie wiedząc.

W tym przypadku producentem była Szkoła Filmowa w Łodzi.

Tak, to był projekt zrobiony wspólnie z kolegami. Szkoła go wyprodukowała, za co jestem jej do dziś wdzięczny. To był film robiony sercem — ponownie bez wielkiego budżetu, za to o bohaterze, który zasługiwał na opowieść.

Twój dokumentalny licznik zatrzymał się na liczbie „2”?

Zrobiłem jeszcze jeden film, którego nikt nie widział, bo też nigdy nie ukazała się płyta zespołu L.Stadt. Pojechaliśmy w krótką trasę po Polsce — bez budżetu, ale z przekonaniem, że film i tak trzeba zrobić. Grali jako support w Ciechocinku, na plaży w Sopocie, w dawnej fabryce karabinów, nawet w PGR-ze pod Włocławkiem. Była w tym przygoda i chaos, który bardzo lubię.

Masz w głowie pomysły na kolejne filmy?

Bohaterów jest mnóstwo. Nie chcę rzucać nazwiskami, ponieważ u mnie decyzja zapada nagle — kiedy czuję, że jakaś historia zaczyna się domagać opowiedzenia. Marzę o tym, żeby znowu stanąć na planie, pokłócić się z montażystą o sklejki i poczuć tę atmosferę. Wiem jednak, że jestem dyrektorem Radia Łódź — muszę uważać, żeby nie zapętlić się w dwóch światach naraz.

Stanąłeś też po drugiej stronie kamery – w serialu „Paradoks”. Jak do tego doszło?

To zabawne. Piotr Dzięcioł kręcił sceny w budynku telewizji, który wyglądał jak Gotham City – od tyłu, z dołu, w szary dzień naprawdę to miejsce, gdzie za chwilę może pojawić się Batman. Producent serialu uznał, że fajnie byłoby wejść do studia i pokazać trochę telewizji od środka. No to wszedłem – nagle okazało się, że jestem „aktorem epizodystą” – tak przeczytałem o sobie na Filmwebie (śmiech). W praktyce zszedłem tylko piętro niżej i… „zagrałem siebie”.

Miałeś scenę z Bronisławem Wrocławskim.

Pokręciłem się przy ekipie, chwilę pogadałem, usiadłem przed kamerą — i nawet nie poczułem, że „gram” w filmie. Z Bronisławem znamy się od lat, więc tym milej było znaleźć się w napisach obok niego czy Bogusława Lindy. A „Paradoks” to niesłusznie zapomniany serial — pierwszy polski kryminał noir, chyba po prostu wtedy za trudny dla widzów. I nie mówię tego dlatego, że akurat mignąłem na ekranie (śmiech).

Jak spędzasz czas wolny?

Lubię pracować — choć nie powinienem się do tego przyznawać. A jak nie pracuję, to kocham podróże. Cenię zarówno duże wyprawy, jak i krótkie, weekendowe wypady. Mam też jedno „magiczne” miejsce: Jaworki za Szczawnicą, gdzie jeździłem z rodzicami jako dziecko. To mój absolutny reset, choć trochę się boję, że zaraz zamieni się w kolejne blokowisko. Uwielbiam też zwykłe przyjemności jak wizyty na moim ukochanym Górniaku. Rodzina nie znosi tam ze mną chodzić, bo zawsze się zagadam (śmiech).

Ustaliliśmy już, że rozmowa to sens twojego życia.

Jak nie gadam, to poluję na dobre kino, choć ostatnio mam z tym trudniej. I słucham dużo muzyki — to mój wentyl bezpieczeństwa. Jeśli muzyka mnie pochłania, wiem, że głowa odłączyła się od pracy i zaczęła funkcjonować normalnie. Chciałbym też wrócić do sportu. Od lat sobie to obiecuję. Może 2026 w końcu będzie tym przełomowym rokiem.

Masz marzenia niezwiązane z pracą?

Chciałbym lepiej organizować sobie czas — mieć go więcej dla bliskich i na takie zwykłe „nicnierobienie”. Usiąść, pogadać o niczym, po prostu pobyć. To jest ten kawałek życia, za którym czasem tęsknię.

Czego można ci życzyć?

Czasem sam nie wiem, czy jestem bardziej Radiem Łódź, czy Jackiem Grudniem. Dlatego nam można życzyć, żebyśmy byli dla siebie najlepsi na świecie. Jeśli to osiągniemy, znów będziemy potęgą. Jesteśmy już dużo bliżej niż rok temu — naprawdę w to wierzę.

Jacek Grudzień i Monika Czerska w studiu Radia Łódź, fot. prywatne archiwum

Jacek Grudzień i Monika Czerska w studiu Radia Łódź, fot. prywatne archiwum

Rozmawiamy w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Czego zatem życzysz naszym Słuchaczom i Czytelnikom?

Żeby nie musieli robić długich list postanowień i potem stresować się, że coś nie wyszło. Życzę po prostu radości z tego, co mają — żeby potrafili odpuszczać to, co złe, i skupiali się na tym, co dobre. Brzmi banalnie, ale w świecie pełnym złych komunikatów to naprawdę ważne, choć wcale niełatwe. A jeśli komuś będzie trudno wejść w dobry nastrój, niech — przez aplikację, stronę internetową czy też włączając radio — zajrzy do Radia Łódź. Zawsze znajdzie kogoś życzliwego, kto mu potowarzyszy.

Przez wiele lat to ty byłeś tym towarzyszem – prowadziłeś programy radiowe w Wigilię.

Moi rodzice już nie żyją, więc tym bardziej nie chcę mówić o nich źle, ale jako dziecko naprawdę nie znosiłem dnia poprzedzającego Wigilię. W domu panowało wtedy pełne pogotowie. Mama — absolutna mistrzyni gospodarności — przygotowywała święta tak, jakby miało przyjechać pół wojska. Zero dyskusji, wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik.

Przedświąteczna gorączka.

Prawdziwe święta zaczynały się dopiero wtedy, gdy cały plan mamy został wykonany: ona sama po trzech nieprzespanych nocach przysypiała w fotelu, wszyscy byli już po lekkich spięciach, bo oczywiście czegoś „nie było”, a potem w końcu pojawiał się upragniony spokój. Chyba właśnie dlatego, kiedy nikt nie chciał prowadzić programu wigilijnego w radiu, zawsze zgłaszałem się ja. To był idealny sposób, żeby zniknąć z domu w najbardziej nerwowym momencie… i wrócić na gotowe. Dzięki temu Wigilia naprawdę stawała się dla mnie przyjemna (śmiech).

Jak wyglądały te wigilijne audycje?

Założenie było proste: zero sztucznego lukru i „rodzinnych życzeń”, które mogą ranić ludzi spędzających święta samotnie. W studiu zawsze była herbata „Grudniowa noc”, a etatowym gościem Piotr Dzięcioł. Zawsze padało to ostatnie pytanie: „Kiedy ten Oscar?”. Wierzyłem, że go dostanie, więc powtarzałem jak mantrę. Któregoś roku do studia przyjechał O.S.T.R ze swoją mamą.

Możliwe, że nie tylko ty nie lubiłeś tej nerwowej domowej atmosfery

Moi goście wiedzieli, że mogą wpaść do studia, usiąść i po prostu pogadać. Nie o świątecznych obowiązkach, nie o „rodzinnej atmosferze”, tylko o życiu. I nagle te wigilijne spotkania nabrały mocy — zaczęły żyć własnym rytmem. Telefony, prośby o wpisanie na listę, realizatorzy zgłaszający się na dyżur, goście z ciastami, prezentami. W pewnym momencie Wigilia w radiu stała się miejscem, do którego ludzie chcieli wracać.

Narodziła się nowa radiowa tradycja.

Dla mnie to była jedna z najpiękniejszych przygód — osiem lat świątecznej, ciepłej, trochę nieoczywistej tradycji. I chyba właśnie dlatego tak mnie poruszyło, gdy po powrocie do Radia Łódź pierwsze pytanie brzmiało: „Robimy znowu program wigilijny?” Mam na swoim koncie tysiące audycji, setki publicystycznych rozmów, a koledzy pamiętali akurat o tej jednej. To była największa nagroda. Kiedy myślałem o powrocie do radia, najbardziej ciągnęło mnie właśnie tam — do Wigilii.

W 2024 roku zostałeś zaproszony – tym razem w roli gościa.

Prowadzący program Marcin Mendelbaum prawie mnie wyrzucił ze studia (śmiech). Dostałem słowotoku, kompletnie nieprofesjonalnego, bo nagle chciałem nadrobić osiem lat i opowiedzieć wszystko naraz. Taka jest magia radia – wciąga, rozkręca, od razu człowiekowi przyspiesza puls.

Brakuje ci pracy przy mikrofonie?

Na początku naszej rozmowy powiedziałem o sobie, że jestem „anonimowym radiotą” i tego się trzymam. Albo zarządzam, albo prowadzę programy — nie da się robić jednego i drugiego naraz. Jestem tu po to, żeby wspierać ludzi, a nie konkurować z nimi o antenę. Pokusa jest, ale pilnuję, żeby nie dać jej wygrać.

Jacek Grudzień i Monika Czerska „wczoraj”, fot. prywatne archiwum
Jacek Grudzień i Monika Czerska w plenerowym Studiu RŁ „wczoraj”, fot. prywatne archiwum
Jacek Grudzień i Monika Czerska „dziś”, fot. prywatne archiwum
Jacek Grudzień i Monika Czerska w plenerowym Studiu RŁ „dziś”. W środku Dominika Śliwińska z Fundacji „Krwinka”, fot. Natalia Zdziebczyńska

Wróćmy do świąt. Najbardziej nietrafiony prezent, jaki dostałeś?

Odpowiem dyplomatycznie — nietrafionych prezentów było mnóstwo (śmiech). Raz dostałem pod choinkę książkę, którą… sam podarowałem komuś rok wcześniej. Innym razem trafiła mi się czapka z wężykami do piwa — wyglądałem w niej jak żywcem wyjęty z serialu „Latający Czestmir”. I wiesz, co jest najlepsze? Żadnego z tych prezentów nie wyrzuciłem. Wszystkie gdzieś chomikuję. Szkoda mi się z nimi rozstać — nawet z tymi najbardziej absurdalnymi.

A najlepszy prezent?

Tych było jeszcze więcej. Lubię laurki, prace ręczne i drobiazgi, które pokazują, że ktoś naprawdę o mnie pomyślał. Niedawno nasza redakcyjna koleżanka była na targach książki. Zamiast przejść obok jednego stoiska, kupiła mi komiks, dzwoniąc wcześniej z pytaniem, czy w ogóle lubię takie rysunkowe historie. Tytuł? „Likwidator. Krwawy rajd”. Jeszcze nie przeczytany, ale pewnie szalony. Mam go wyeksponowanego i codziennie patrzę — takie gesty są naprawdę miłe.

Jacek Grudzień i jego prezent - komiks „Likwidator. Krwawy rajd”, fot. Konrad Ciężki
Jacek Grudzień z komiksem „Likwidator. Krwawy rajd”, fot. Konrad Ciężki

Wszystkie wywiady z cyklu „Ludzie radia” dostępne są TUTAJ

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Tagi: 22 grudniaJacek Grudzieńludzie radia
Następny artykuł
To jest temat. Luksus po łódzku? Mieszkaniowy rynek premium

To jest temat. Luksus po łódzku? Mieszkaniowy rynek premium [PODCAST]

Jest nadzieja dla mieszkańców, teraz czas na ruch prezydenta

Tunel pod Łodzią. Jest nadzieja dla mieszkańców, teraz czas na ruch prezydenta

Radio Łódź

  • Zasięg i częstotliwości
  • Historia Radia Łódź
  • Kalendarium Radia Łódź
  • Polityka prywatności
  • BIP
  • Rada programowa
  • Kampanie społeczne w Radiu Łódź
  • Kontakt

Do pobrania

  • Księga Znaku Radio Łódź
  • LOGO Radio Łódź [PDF]
  • Księga Znaku Radio Łódź Nad Wartą
  • LOGO Radio Łódź Nad Wartą [PDF]

Warto przeczytać

27 ciosów maczetą. Ruszył proces 54-latka oskarżonego o zabójstwo na Bałutach

27 ciosów maczetą. Ruszył proces 54-latka oskarżonego o zabójstwo na Bałutach

30 września 2026
Czy szkoły są przygotowane na zagrożenie z powietrza? Wiceprezes łódzkiego ZNP gościem Radia Łódź

Czy szkoły są przygotowane na zagrożenie z powietrza? Wiceprezes łódzkiego ZNP gościem Radia Łódź

30 września 2026

BIP

  • BIP Radio Łódź
  • Informacje ogólne o spółce
  • Struktura Radia Łódź
  • Władze spółki
  • Akcjonariusze
  • Organy opiniodawczo – doradcze
  • Udostępnianie informacji
  • Dokumenty
  • Środki publiczne
  • Ogłoszenia publiczne
  • Instrukcja obsługi BIP

© 2012-2024 Radio Łódź

Witaz ponownie!

Sign In with Facebook
Sign In with Google
Sign In with Linked In
OR

Zaloguj się poniżej do swojego konta

Zapomniane hasło?

Przypomnij hasło

Please enter your username or email address to reset your password.

Zaloguj

Dodaj nową listę

Brak wyników
Zobacz wszystkie wyniki
  • Ramówka
    • Poniedziałek
    • Wtorek
    • Środa
    • Czwartek
    • Piątek
    • Sobota
    • Niedziela
  • Audycje i podcasty
  • Konkursy
  • Akademia Młodego Radiowca
  • Patronat
  • Radio Łódź
    • Marketing Radia Łódź
    • Kampanie społeczne w Radiu Łódź
    • BIP
    • Rada programowa
    • Polityka prywatności
    • Kontakt

© 2012-2024 Radio Łódź

Ta strona korzysta z plików cookie. Kontynuując korzystanie z tej witryny, wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Odwiedź naszą Politykę prywatności.
Przejdź do treści
Otwóz pasek narzędzi Dostępność

Dostępność

  • Zwiększ tekstZwiększ tekst
  • Zmniejsz tekstZmniejsz tekst
  • Czarno-białeCzarno-białe
  • Wysoki kontrastWysoki kontrast
  • NegatywNegatyw
  • Lekkie tłoLekkie tło
  • Podkreślone odsyłaczePodkreślone odsyłacze
  • Czytelny tekstCzytelny tekst
  • Reset Reset
spinner
spinner
ładuj więcej