Mariusz Janik: Czym jest dla ciebie radio?
Mariusz Woźniczka: Radio to dla mnie przestrzeń absolutnie wyjątkowa. Kiedy zakładam słuchawki i rozmawiam ze słuchaczami, czuję ich oddech, emocje w głosie – jakby siedzieli tuż obok. To doświadczenie zmysłowe, którego nie da się porównać ani z telewizją, ani z pracą menadżera. Do dziś pamiętam zapach wykładziny w studiu, w którym trzydzieści lat temu prowadziłem „Radio Nocą”.
Dosłowna zmysłowość.
Kiedy odwiedzałem rozgłośnię już po odejściu, pierwsze kroki zawsze kierowałem do tamtego studia, żeby jeszcze raz poczuć ten zapach. Obecne studio, w którym znów prowadzę „Radio Nocą”, jest odnowione i już nie ma tego zapachu. A stare studia pachną… za mocno (śmiech). Radio to jednak nie tylko zmysły. To przede wszystkim ludzie – słuchacze i osoby, z którymi tworzyłem kolejne zespoły. Klimat, bliskość, poczucie wspólnoty. To mój drugi dom. Nawet kiedy pracowałem gdzie indziej, radio śniło mi się po nocach. I będzie ze mną do końca życia.
Pierwsze radiowe kroki stawiałeś w Studenckim Radiu Żak Politechniki Łódzkiej. To droga, którą podążało wielu późniejszych dziennikarzy Radia Łódź.
Dziesięć lat w Żaku. To tam, na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, „urodziłem się” jako radiowiec. Pierwszy kontakt ze słuchaczami, pierwsze telefony, pierwsza odpowiedzialność za słowo.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 2 Mariusz Woźniczka w Radiu Żak PŁ](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/mariusz-czarno-bialy.jpg)
W tamtych latach Żak był radiowęzłem słyszalnym w akademikach PŁ.
Nadawaliśmy na całe osiedle akademickie, poprzez kable. Po jednej z audycji przyszedł do studia student, uścisnął mi dłoń i powiedział: „Dziękuję ci, że jesteś”. To była nagroda, której nie zapomina się nigdy.
Jak trafiłeś do Radia Łódź?
Po transformacji, na początku lat dziewięćdziesiątych. Czekałem na ten telefon. Wejście do Radia Łódź było spełnieniem marzenia – miałem poczucie, że złapałem Pana Boga za nogi.
Wcześniejszą propozycję jednak odrzuciłeś.
W połowie lat osiemdziesiątych ówczesna dyrektor Polskiego Radia w Łodzi przez trzy dni namawiała mnie, żebym dołączył do zespołu. Spotkania u niej w domu były bardzo życzliwe, naprawdę zrobiły na mnie wrażenie. Wiedziałem jedno: choć radio było moim marzeniem, nie widziałem siebie jako korespondenta relacjonującego posiedzenia egzekutywy PZPR.
Ówczesne media kłóciły się z twoją filozofią życia. Nawiasem mówiąc, studiowałeś już wtedy właśnie filozofię.
Kończąc inżynierię budowlaną na Politechnice Łódzkiej, równolegle zacząłem studia filozoficzne na Uniwersytecie Łódzkim.
Z jednej strony studia inżynieryjne, z drugiej – filozofia. Skąd zatem pomysł na dziennikarstwo?
Choć kierunki studiów mogą na to nie wskazywać, zawsze żyłem mediami. Już w liceum prowadziłem gazetkę szkolną, marzyłem o szkolnym radiu. Byłem też prymusem, na szczęście, lubianym, więc szkoła „typowała mnie” na studia – mogłem wtedy dostać się na dowolny, wybrany przeze mnie kierunek bez egzaminów.
Inżynieria budowlana była tym wymarzonym kierunkiem?
Marzyłem o architekturze, dziedzinie łączącej nauki ścisłe i humanistyczne. Jedyny egzamin, który musiałem zdać, to rysunek. Lekcje pobierałem u artysty-malarza, a to nie to samo, co rysunek architekta. Dostałem pierwszą poważną lekcją pokory. Nie zdałem. Ale kiedy szedłem na ten egzamin, z kolumn wystawionych przy Akademiku nr 3, słyszałem program Studenckiego Radia Żak. Brat Leszek, który studiował już na PŁ, powtarzał mi: „Mały, to jest miejsce dla ciebie”.
Dlaczego więc wybrałeś inżynierię budowlaną?
Zawsze interesowało mnie… wszystko (śmiech). Paleontologia, archeologia, astronomia, architektura, media. Zazdrościłem tym, którzy od dziecka wiedzieli, że będą lekarzami czy astronomami. Miałem poczucie, że chciałbym robić wszystko naraz. W dziekanacie zaproponowano mi, żebym zaczął studia na budownictwie – na Wydziale Budownictwa i Architektury – z możliwością ponownej próby dostania się na architekturę za rok. Tak zrobiłem.
Wartoprzeczytać
Zapukałeś też do Radia Żak.
Zaraz, pierwszego dnia. Nie mogło być inaczej (śmiech). Właśnie tam znalazłem swój świat. Studiów nie zaniedbywałem – były dla mnie ważne. Dzięki inżynierii budowlanej poznałem także Magdę, moją żonę. To jednak Radio Żak determinowało mój dzień. Zdarzało się, że nie spaliśmy trzy noce z rzędu, bo pracowaliśmy przy audycjach. Nie narzekałem. To było miejsce, które pozwalało spotykać ludzi z różnych światów, zadawać pytania, iść ich ścieżkami. Rodząc się jako dziennikarz, przestałem zazdrościć architektom, astronomom, archeologom i paleontologom.
Pamiętasz swój debiut na antenie Radia Łódź?
W radiu robiłem wszystko: reportaże, serwisy informacyjne, prowadziłem programy radiowe i szybko trafiłem do porannej audycji, „Radioranka”, z dużą swobodą doboru tematów. Pamiętam słuchacza, który przyszedł do mnie z problemem transpłciowości. Mężczyzna, który całym sobą czuł się kobietą, był w trakcie procesu leczenia – wtedy prowadzonego bardzo inwazyjnie. Widziałem człowieka nafaszerowanego hormonami, nabrzmiałego, z dramatem wypisanym na twarzy. Ogromny lęk, cierpienie, absolutna samotność w tym świecie.
Mocny temat na poranny program.
I dlatego zrobił tak duże wrażenie – na słuchaczach i na kolegach z redakcji. To był mój pierwszy „Radioranek”.
Co było dalej?
Po pewnym czasie usłyszałem od dyrektora programowego, że moje poranki są… zbyt autorskie i niepowtarzalne. A poranek – jego zdaniem – powinien być przewidywalny. Zaproponowano mi więc pasmo nocne. Wtedy odebrałem to, jak „zesłanie”. Wiedziałem, że „Radio Nocą” prowadzą świetni, doświadczeni dziennikarze, których bardzo szanowałem, ale miałem poczucie, że trafiam tam za karę.
Otrzymałeś jednak nie karę, a nagrodę.
Ogromną! Tyle że początkowo wcale tak tego nie postrzegałem. Zrozumiałem to, dopiero kiedy trafiłem do zespołu „Radia Nocą”. Nocna audycja dawała niesamowitą bliskość ze słuchaczem. W latach dziewięćdziesiątych program trwał pięć godzin – od północy do piątej rano. Telefony dzwoniły bez przerwy. Zaczynaliśmy poważnie, a później nierzadko zamienialiśmy te noce w zabawę, konkursy, opowieści. To była wspólnota ludzi żyjących w innym rytmie – pracujących nocami, wracających z delegacji, samotnych kierowców, ale też takich, którzy czasami pisali do mnie, że „z mojego powodu szli niewyspani rano do pracy”. Radio ich łączyło.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 3 Mariusz Woźniczka w „Radiu Nocą”](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/mariusz-radio-noca-dawniej.jpg)
W czasach przed Internetem inaczej słuchało się radia.
Nie było Internetu i social mediów. Do tego Radio Łódź praktycznie nie miało konkurencji. „Radio Nocą” było codziennie w ramówce, a ja prowadziłem je raz, czasem dwa razy w tygodniu, bo tak wypadało w grafiku. Dziś chyba bym już tego nie wytrzymał (śmiech).
Konfucjusz powiedziałby: „Wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu”.
Tak, zgadzam się. Mnie wtedy rozpierała energia. Zdarzało się, że od 5 rano prowadziłem „Radioranek”, a później do godziny 20 redagowałem i czytałem serwisy. W końcu stwierdziliśmy, że tak się nie da. Po prostu nie ma cyborga, który wytrzyma taki rytm. Gdy o tym opowiadam, sam się dziwię, że to było możliwe.
Brzmi jak pracoholizm.
Trochę nim pachniało, ale przede wszystkim napędzała nas pasja. Nikt nie patrzył na zegarek. Mówiłem wcześniej, że radio było moim drugim domem. Prawda jest taka, że chwilami było pierwszym. Początki lat dziewięćdziesiątych były czasem euforii. Polska się budziła, rodziły się nowe media. Czuliśmy, że wszystko jest przed nami.
Twoja przygoda z Radiem Łódź nie trwała jednak długo.
Najczęściej odchodzi się z pracy wtedy, gdy jednocześnie coś cię przyciąga i coś wypycha. Zespół kochałem, ale kierownictwo… powiedzmy, nie mogłem zaakceptować sposobu traktowania pracowników, szczególnie tych starszych, zasłużonych. Nie chcę wracać do tamtych napięć, ale zacząłem czuć ciężar. Pamiętam moment odejścia i ból, który temu towarzyszył. Ostatnio oglądałem zdjęcia z pożegnania mojego i Marka Pietraka. Obaj przechodziliśmy do TVP Łódź. Płakaliśmy. Jakby ktoś wyrywał dzieci z rodziny.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 4 Mariusz Woźniczka i jego pożegnanie z Radiem Łódź](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/mariusz-pozegnanie-z-rl.jpg)
Coś się kończy, coś się zaczyna. Zostawiłeś radio i zacząłeś karierę telewizyjną.
Gdy w radiu nasilały się perturbacje, odezwał się Tomasz Filipczak, ówczesny dyrektor TVP w Łodzi. Nagle wszystko zyskało nową perspektywę. Powiedział wprost: „Chciałbym, żebyś przyszedł do mnie do pracy”. Zaproponował – jak na media regionalne – naprawdę gwiazdorskie warunki. I dodał: „Chciałbym, żebyś był u mnie gwiazdą” (śmiech).
Propozycja nie do odrzucenia.
Dostałem dwa autorskie programy, w tym „Godzinę Nocy” – polski odpowiednik intymnych, zachodnich formatów telewizyjnych: bez muzyki i reklam, za to z telefonami widzów i kilkoma kamerami wychwytującymi każdą moją emocję, czy zadrży mi ręka, zaszkli się oko…
Miałeś tremę przed telewizyjnym debiutem?
O, i to jaką! Dostałem rozstroju żołądka. Bałem się, że nikt nie zadzwoni. Zapytałem o to Tomka. Odpowiedział: „To będziesz mówił o sobie”. Na szczęście telefony… urywały się. Program emitowano w niedziele od 23 do północy. Wydawał się krótki, tylko godzina, ale emocjonalnie wykańczał. Prowadziłem rozmowę, widząc na ekranie komputera jedynie podstawowe dane: imię, płeć, czasem wiek. Reszta była czystą rozmową – bez siatek bezpieczeństwa.
Rozmowa to bliska ci materia. Telewizja była jednak nowym doświadczeniem.
Kamery „jeździły” tak blisko po mojej twarzy i dłoni, że po jednym z programów zadzwonił do mnie radiowy przyjaciel, Wojsław Rodacki, dzisiaj stały słuchacz „Radia Nocą”, i powiedział: „Mariuszku, powiedz, żeby nie jeździli tak blisko po twojej twarzy, bo widać aż pory na twoim nosie”. Nie wiedziałem, jak to możliwe, skoro miałem pół centymetra pudru na twarzy (śmiech). Rozumiałem jednak, że w ten sposób telewizja starała się przebić szklany, zimny ekran. I to się udawało. Zawsze w reżyserce siedział Wojtek Maciejewski, wicedyrektor telewizji. W końcu zapytałem: „Dlaczego co niedzielę tu jesteś?”. A on: „Żebyś nie uciekł”.
Myślałeś o tym?
W każdy poniedziałek rano (śmiech). Budziłem się z myślą: „Nigdy więcej”. We wtorek już czułem, że dźwignę kolejną niedzielę, a w środę już bardzo chciałem znaleźć się z powrotem w studiu telewizyjnym.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 5 Mariusz Woźniczka w TVP Łódź](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/mariusz-godziny-noca.jpg)
W TVP prowadziłeś też format z publicznością i… maskami.
Tak, wspólnie z koleżanką realizowaliśmy program „Maski i twarze”. To był w tamtym czasie również absolutnie pionierski format w Polsce. Poruszaliśmy trudne, często bolesne tematy – konflikty światopoglądowe, społeczne, osobiste dramaty. Część gości występowała w maskach. Dzięki temu, że nie musieli pokazywać twarzy, mogli mówić swobodniej: o orientacji, chorobie, doświadczeniach z systemem ochrony zdrowia czy życiowych wyborach. Konfrontowaliśmy różne strony sporów: homoseksualistów i ich przeciwników, nudystów i osoby oburzone nudyzmem, pacjentów i lekarzy, więźniów i strażników. Do tego publiczność i eksperci.
Wrzało w studiu?
Pamiętam, gdy jeden z gości, homoseksualny mężczyzna, podczas programu nie wytrzymał emocji, atmosfery niezrozumienia, zerwał maskę i wyszedł ze studia. Udział w tym programie musiał być dla niego ogromnym wyzwaniem. Gdy rozmawialiśmy tuż przed wejściem do studia, stał oparty o ścianę i powiedział do mnie: „Jestem ciotą”. W jego oczach zobaczyłem jakąś rozpacz…
Uważasz, że zawód dziennikarza jest misją?
Absolutnie tak! Dziennikarstwo, podobnie jak praca lekarza, nauczyciela czy prawnika, ma charakter misyjny. Kluczowe jest dla mnie wyważanie wolności i odpowiedzialności. Wolność pozwala szukać prawdy, ale odpowiedzialność trzyma wolność w ryzach. Dziennikarz nie może usprawiedliwiać wszystkiego hasłem „szukałem prawdy”, zwłaszcza jeśli efektem miałoby być skrzywdzenie drugiego człowieka. To jest zawsze wybór moralny dziennikarza i jego odpowiedzialność. Moja praca magisterska z filozofii – pisana w Katedrze Etyki Uniwersytetu Łódzkiego u prof. Iji Lazari-Pawłowskiej – dotyczyła właśnie etyki dziennikarskiej. Ta myśl została ze mną na całe życie. I dotyczy nie tylko dziennikarstwa. We wszystkim, co robimy, powinniśmy równoważyć wolność i odpowiedzialność. Zawsze.
Pracowałeś w mediach publicznych i komercyjnych. Co było największym problemem w polskich mediach?
Największą zmorą są polityczne wpływy na media publiczne. To, co wydarzyło się w ostatnich latach, uważam za niewybaczalną zbrodnię na idei publicznej misji mediów. Już w latach dziewięćdziesiątych widziałem, jak brutalnie polityka potrafi ingerować w media publiczne. Gdy wróciłem do Radia Łódź jako członek zarządu, bardzo szybko doświadczyłem sytuacji, w której – z naruszeniem prawa – odwołano Radę Nadzorczą, która nas powołała. Trybunał Konstytucyjny orzekł później, że było to bezprawne, ale mleko i tak już się rozlało.
Po dziennikarstwie kolejnym etapem w twoim zawodowym życiu było właśnie menadżerowanie.
Nigdy tego nie planowałem, ale tak wyszło. Chyba mam jakieś cechy przywódcze (śmiech). W liceum wybierano mnie na przewodniczącego klasy, na studiach na starostę grupy, w Radiu Żak na redaktora naczelnego. To nie były moje ambicje, raczej odpowiedź na potrzeby zespołu. Kiedy koledzy namówili mnie, żebym stanął do konkursu na członka zarządu Radia Łódź, pomyślałem: „Może to jest moment, żeby sprawdzić, czy da się to robić inaczej, lepiej”. Później los zaprowadził mnie do Radia Manhattan, które w momencie mojego przyjścia było na skraju bankructwa.
Zasmakowałeś mediów komercyjnych.
Był to słodko-gorzki smak. Radio Manhattan było wówczas finansową ruiną. Zespół – fantastyczni, młodzi ludzie pełni pasji – pracował za grosze, a często bez wypłat. Nowy właściciel sugerował redukcję zespołu. Odmówiłem. Nie mógłbym redukować Zespołu, którego jeszcze nie poznałem. Spotkałem się z każdym pracownikiem, jeden na jeden. Zobaczyłem ogrom talentu i zaangażowania. Zaproponowałem więc coś radykalnego: przez wakacje wszyscy zgodzą się na solidne obniżenie pensji, byle nikt nie stracił pracy. Zgodzili się. Po trzech latach zostałem prezesem, a radio zaczęło przynosić zyski. To mój duży menedżerski sukces.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 6 Mariusz Woźniczka w Radiu Manhattan](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/mariusz-rm-buzek.jpg)
Mówiłeś już o bolączkach mediów publicznych. Porozmawiajmy o problemach stacji komercyjnych.
Rynek medialny w Polsce już na początku lat dziewięćdziesiątych, na początku transformacji, został zbudowany niesprawiedliwie. Ustawa o radiofonii i telewizji oraz sposób przyznawania częstotliwości stacjom lokalnym praktycznie nie dawały im szans na przetrwanie. Weźmy przykład Radia Manhattan. Nadajnik miał moc zaledwie 100 watów. Z centrum Łodzi sygnał ledwo docierał do Widzewa, a co dopiero poza miasto. Jak w takich warunkach budować zasięg i konkurować?
Pytanie retoryczne.
W tym samym czasie ogólnopolskie RMF FM otrzymało koncesję umożliwiającą tzw. rozszczepialność – emisję lokalnych pasm reklamowych oprócz ogólnopolskich. Dzięki temu budżet stacji opierał się na wpływach ogólnopolskich, a lokalne reklamy mogły być sprzedawane za ułamki rynkowych cen. A lokalne radio? Żyło wyłącznie z reklamy i sponsoringu. Klient patrzył na cennik: w RMF-ie spot kosztował, przyjmijmy, kilkadziesiąt złotych, a w Radiu Manhattan – żebyśmy w ogóle przetrwali – cena musiała być wyraźnie wyższa. Nie dało się tego obronić.
Jak można było się ratować?
Pamiętam starania o zwiększenie mocy nadajnika ze 100 do 600 watów. Była to długa walka, ale udało się. W ramach Konwentu Stacji Komercyjnych pojechaliśmy zobaczyć, jak wygląda rynek w Czechach, kraju startującym później niż my. I byłem porażony: lokalne radio w Ostrawie mogło nadawać z mocą 60 kW, docierać na 60 kilometrów i realnie utrzymać się na rynku. Nie rozumiem, dlaczego rynek w Polsce od początku został tak wadliwie ułożony. To ma fatalne skutki do dzisiaj. Rynek stacji lokalnych w Polsce jest dużo uboższy, niż mógłby być. Tym samym lokalne społeczności są też dużo słabsze, także wobec często naprawdę złego wpływu tzw. mediów społecznościowych, którymi rządzą już tylko algorytmy nastawione wyłącznie (!) na maksymalizację zysku. To jeden z głównych powodów nieszczęść naszych czasów. Nie mogę się z tym pogodzić. Także o tym rozmawiamy w „Radiu Nocą”.
Świat się zmienia – także ten medialny.
W Polsce upadek jednej lokalnej stacji po drugiej nie był więc żadnym zaskoczeniem. To było jak wysłanie zawodników do biegu ze związanymi nogami. W naturalny sposób doprowadziło to do sieciowania stacji lokalnych i szukania oszczędności, w następstwie czego powstała między innymi sieć Eska, której byliśmy częścią. Muzyczny format CHR (ang. Contemporary Hits Radio) dał Esce sukces w całym kraju – łódzki oddział stał się wtedy pierwszą stacją w mieście. Ja także bardzo dobrze odnalazłem się w muzyce i rozrywce. Przyznam, że gdzieś wewnętrznie trochę bolały mnie słowa jednej ze słuchaczek: „Pan jest od tych smutnych spraw”. Nie to było przecież moją intencją.
Trochę cię zaszufladkowano.
No właśnie, a już w liceum organizowałem dyskoteki i bardzo lubiłem bawić się i tańczyć. Fantastycznie było nie tylko patrzeć na beztroskie chwile szczęśliwych ludzi, ale i w nich uczestniczyć. Zabawa i beztroska nie mogą jednak trwać wiecznie. Szczególnie w dzisiejszym świecie. Zawsze unikałem szufladkowania ludzi i sam też nie chciałem być szufladkowany. Później przyszedł mój czas na Grupę Eurozet z Radiem ZET. Ten świat medialny absolutnie mnie zaskoczył. Poznałem ludzi, jak mówiłem, z kategorii „world class management”, z którymi pracowało mi się wyśmienicie, dopóki tam byli. Przez lata, po tej stronie rynku medialnego, funkcjonowałem na różnych stanowiskach kierowniczych, jako redaktor naczelny, dyrektor i prezes.
Nie chciałeś łączyć aktywności menadżerskiej z dziennikarską?
To było piekielnie trudne. W każdej roli spalam się na tysiąc procent – nie da się robić obu rzeczy jednocześnie na wysokim poziomie. Szczególnie w programach tak trudnych, jak „Radio Nocą”. Kiedy wróciłem do Radia Łódź jako członek zarządu, próbowałem jeszcze prowadzić ten nocny format. Szybko okazało się to niemożliwe – byłem zbyt zmęczony i zbyt obciążony odpowiedzialnością za całą stację. Teraz wiem jeszcze lepiej, ile kosztuje dobre przygotowanie każdej, cotygodniowej, nocnej audycji. To praca właściwie non stop.
Po 30 latach wróciłeś do Radia Łódź ze swoją nocną audycją. Długo cię trzeba było namawiać?
Może cię zaskoczę, ale przez lata śniło mi się, że wracam na antenę Radia Łódź. To były sny tak intensywne, że budziłem się spocony. Szczególnie gdy śniło mi się, że byłem nieprzygotowany do programu. A to dla mnie byłby koszmar. W życiu miałem kilka „proroczych” snów. Mam poczucie, że czasem życie układa się według pewnego planu. Kiedy idę z nim w zgodzie, wszystko zaczyna się samo zszywać. Tak było, kiedy spotkałem obecne kierownictwo Radia Łódź, moich przyjaciół z lat dziewięćdziesiątych, Jacka Grudnia i Monikę Czerską. Spojrzeliśmy na siebie i jednocześnie wypowiedzieliśmy słowa: „Radio Nocą”.
Potrzeba nocnych rozmów wciąż jest aktualna?
Mam głębokie poczucie, że potrzeba intymnej, prawdziwej, spokojnej, niewymuszonej rozmowy – w tak popękanym społeczeństwie, jak nasze – jest ogromna. W Polsce mężczyźni odbierają sobie życie osiem razy częściej niż kobiety – to najgorszy wynik w całej Europie. To nie jest statystyka, to alarm. Ogromny kulturowy problem, podsycany milczeniem, brakiem zrozumienia i brakiem rozmowy. Coraz więcej mężczyzn pisze do mnie o swoich lękach i pęknięciach. Szukają miejsca, gdzie nie trzeba się tłumaczyć, deklarować ani bronić – wystarczy być wysłuchanym. Tym miejscem jest „Radio Nocą”.
Masz poczucie, że wokół ciebie znów tworzy się społeczność?
Podchodzą do mnie ludzie – jedni znajomi, inni zupełnie obcy – i zaczynamy rozmawiać tak, jakbyśmy znali się od lat. W ciągu tego roku to nie były dziesiątki, tylko setki takich spotkań i sygnałów. Ludzie piszą, dzwonią, zatrzymują mnie, np. w teatrze. I co ważne, to nie tylko Łódź – odzywają się słuchacze z całej Polski, a także… z zagranicy. To jakieś niesamowite towarzystwo. Dzisiaj to jest możliwe, że regionalna stacja może być słuchana online i dzięki aplikacji mobilnej na całym świecie.
Współczesna publiczność różni się od tej sprzed trzech dekad?
Bardzo. Może ilościowo nie są to już takie fale jak kiedyś, ale jakościowo – poprzeczka jest dużo wyżej. Słuchacze oczekują więcej. To nie może być rozmowa „o niczym”. Muszę się przygotowywać, czytać, konsultować, dbać, żeby goście mieli coś istotnego do powiedzenia. Po programie chcę czuć, że nikomu nie zmarnowałem dwóch godzin nocy i że wszyscy wyszliśmy odrobinę bogatsi. Ja też.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 7 Mariusz Woźniczka i Andrzej Poniedzielski w Radiu Łódź](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/mariusz-radio-noca-teraz-poniedzielski.jpg)
Zmienił się sposób słuchania radia. Wpływa to na audycję?
Oczywiście. Myślę, że to już nie są najczęściej ludzie w pracy, którym radio towarzyszy. Staram się sobie wyobrazić, gdzie i jak słuchają. Jedni mówią i piszą mi, że słuchają w łóżku, inni podczas nocnego spaceru. Usłyszałem też, że… specjalnie zasiadają wtedy do kolacji. To tym bardziej mnie mobilizuje. Wielu ludzi słucha radia w telefonie. Piszą mi, że trudno im jednocześnie zadzwonić, bo mają tylko jedno urządzenie. To też trzeba brać pod uwagę. Wciąż jednak istnieje grupa „radiofili” – starszych i młodszych – którzy kochają klasyczny odbiornik, szumy, klimat nocy. To piękne.
Co najbardziej cię zaskoczyło w powrocie na antenę?
To, że dla wielu osób media społecznościowe są jedynym źródłem informacji. Dla mnie to niewyobrażalne. Social media mogą być inspiracją, dodatkiem, ale nie fundamentem poznania. A jednak widzę ludzi, którzy z tego budują cały obraz świata. To przerażające. I jeden z powodów, dla których tak wierzę w sens prawdziwej, uważnej, odpowiedzialnej, radiowej rozmowy.
Media społecznościowe pomagają czy przeszkadzają w budowaniu radiowej relacji?
Tworzą iluzję bliskości, ale nas izolują. Wpadamy w bańki. A ja chciałbym, żeby „Radio Nocą” te bańki przekraczało. I widzę, że tak jest – piszą do mnie ludzie z bardzo różnych środowisk, często skrajnie od siebie odległych. To daje nadzieję. Ale też, czy się chce, czy nie, media społecznościowe odgrywają w dzisiejszym świecie ogromną rolę. Staram się więc wykorzystywać tę ich także dobrą stronę do budowania i rozwijania społeczności „Radia Nocą”.
Są tematy, których nigdy byś nie poruszył w audycji?
Nie mam tematów tabu, ale mam granice. Wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczynają się: agresja, przemoc, niszczenie drugiego człowieka. Nie da się jednak wszystkiego przewidzieć. Miałem sytuację, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, kiedy ktoś zadzwonił o trzeciej nad ranem i porównał mnie do… męskiego członka.
Ryzyko programu „na żywo”.
W nocnym programie „na żywo” to się chyba przytrafiło każdemu z nas. Niektórym zdarzały się jeszcze gorsze telefony… nie do cytowania. Zdarzały się też i… miłosne wyznania (śmiech). Zawsze jest ryzyko, gdy odbiera się telefon od razu na antenie. Z drugiej strony, to wielka wartość – wolność, o której mówiłem. A skoro tak, będę to robił. Nigdy jednak nie oddam świadomie anteny komuś, kto chciałby szczuć, piętnować, urządzać publiczną nagonkę. Zdarzało się, że ktoś próbował „załatwić” inną osobę na antenie – to absolutnie nie przejdzie.
Poruszasz trudne tematy. Jak w nich odnaleźć prawdę?
To ogromne wyzwanie. Zwłaszcza dziś, kiedy żyjemy w świecie postprawdy, fałszu, manipulacji, pseudomediów i pseudodziennikarzy, którzy świadomie nie tylko produkują nieprawdziwe treści, ale zakłamują cały obraz świata. Dla mnie fundamentem tego zawodu jest prawda – nie „moja” i „twoja”, tylko prawda obiektywna. Możemy różnić się poglądami, ale nie faktami. To jest linia, poniżej której nigdy nie zszedłem i nie zejdę.
Który z tematów ostatnio najmocniej cię poruszył?
Rozmowa o umieraniu dzieci i o hospicjum Fundacji Gajusz – z jej prezes, Tisą Żawrocką-Kwiatkowską oraz jej zespołem. Przez kilka miesięcy dojrzewałem do tego programu. Kiedy przekraczałem furtkę hospicjum stacjonarnego, czułem ogromny ciężar. Tym bardziej że poprzedniego dnia miałem za sobą niezwykle poruszające spotkanie w kręgu Anonimowych Alkoholików.
Mocne zestawienie.
To było kilkugodzinne, bardzo serdeczne, ale emocjonalnie wyczerpujące doświadczenie w Klubie AA. Po wspólnym kręgu wyznań odbyłem jeszcze rozmowy indywidualne. Siedziała przede mną młoda kobieta. Patrzyła mi prosto w oczy, ani na moment nie odwracając wzroku, i opowiadała w szczegółach o bestialskim traktowaniu ze strony męża – człowieka, którego wcześniej kochała, z którym ma dziecko. Nie wiedziałem, jak się w tym fotelu ułożyć, jak to unieść. A ona mówiła spokojnie, z godnością – te osoby mają już za sobą przepracowane najgorsze kawałki swojego życia. Potrafią o nich mówić otwarcie, do dna. Dla wielu z nas to zupełnie niepojęte. Choć przeprowadziłem w życiu tysiące trudnych rozmów, ta naprawdę mną wstrząsnęła.
Wizyta w hospicjum następnego dnia była kolejnym obciążeniem?
Pomyślałem, że sam zafundowałem sobie ten emocjonalny rollercoaster – dzień po dniu. Zastanawiałem się, jak to udźwignę. I nagle, gdy tylko przekroczyłem próg, przywitała mnie uśmiechnięta młoda dziewczyna, która miała mnie oprowadzić. Weszliśmy do sali – a tam pełno kolorów, ciepła, jasnej energii. Dziewczynka śmieje się do mnie od ucha do ucha. Kompletny kosmos. Zamiast mroku – światło. Zobaczyłem fragment świata, którego się nie spodziewałem. Świata nieprawdopodobnie dobrego.
Zaskakującego.
Później w programie założycielka Fundacji powiedziała coś niezwykłego: że kiedy wychodzi z hospicjum „na zewnątrz”, ma wrażenie, jakby opuszczała oazę dobra i życzliwości, i wracała do świata mniej przyjaznego. Tam wszyscy – lekarze, terapeuci, wolontariusze – wydobywają z siebie to, co najlepsze. To nie jest miejsce przygnębiające. Jest niezwykle godne i pełne ciepła.
Miewasz momenty, w których musisz się hamować?
Często. Noc sprzyja otwartości – ludzie mówią czasami rzeczy bardzo intymne. Wiem, że mógłbym dopytać i usłyszeć jeszcze więcej, ale nie pozwalam sobie na to. Każdy ma prawo do tajemnicy i do zabrania jej ze sobą do grobu. Są pytania, których zadanie byłoby krzywdą. Moja empatia nie może przerodzić się w ciekawość bez granic.
Nie masz wrażenia, że rozmówcy traktują cię czasem jak terapeutę? Trochę jak w filmie „Ćma” Tomasza Zygadły z Romanem Wilhemim w roli głównej.
Prawdziwa rozmowa ma niewątpliwie moc terapeutyczną. Nie wolno mi jednak wchodzić w rolę terapeuty. Kiedyś po programie telewizyjnym „Godziny Nocą” zadzwoniła pani z zarzutem, że „doradzam jak psycholog”. Odpowiedziałem: „Nie doradzam – ja pytam”. A później zwykle dzwoni ktoś inny i opowiada, jak sam poradził sobie z podobnym problemem. To właśnie rozmówcy pomagają sobie nawzajem. W „Radiu Nocą” dochodzą jeszcze często zapraszani eksperci.
Rozmowa jako lekarstwo?
W czerwcu, przy okazji projekcji „Ćmy” w łódzkim Muzeum Kinematografii, zapytano mnie: „Czym jest dla pana rozmowa?”.
No właśnie – czym?
Z jednej strony podróżą. Niezwykłą, jeśli ktoś pozwoli ci zajrzeć głęboko. To naprawdę czasami są piękne i fascynujące podróże. Z drugiej – nagrodą. Przy okazji odkrywasz coś o sobie, czego nie poznałbyś w żaden inny sposób. Z bohaterem „Ćmy” się jednak nie do końca utożsamiam. Jan, w interpretacji Romana Wilhelmiego, miał poważny kłopot z samym sobą. Wsłuchując się w problemy innych, coraz bardziej narastała w nim frustracja i jakiś emocjonalny korkociąg. Poza tym prowadził „Radiotelefon” każdej nocy – to po prostu niemożliwe do zdrowego udźwignięcia (śmiech).
A twoje emocje? Masz własny „bezpiecznik”?
Skłamałbym, mówiąc, że mam. Bywa, że mnie to wszystko przygniata. Czasem zadrży mi głos, czasem zabraknie słów, choć akurat w „Radiu Nocą” nie boję się „zawiśnięcia w ciszy”. Zdarza się, że wychodzę ze studia z ciężarem na żołądku, dosłownie fizycznym ciężarem czy skurczem w sercu. Uczę się z tym żyć. Nie chcę grać nieczułego profesjonalisty – jeśli coś mnie dotyka, to znaczy, że wciąż jestem człowiekiem.
Zdarzył ci się telefon, który cię przerósł?
Niedawno zadzwonił do studia mężczyzna – ofiara przemocy seksualnej ze strony partnerki. Powiedział wprost: „Byłem gwałcony”. Na szczęście były ze mną dwie ekspertki, jedna w studiu druga online. Zamarliśmy. Obecność specjalistek pomogła mi wytrzymać długą ciszę i nie zadawać żadnych pytań. Pozwolić rozmówcy mówić w swoim tempie i to, co chciał nam wszystkim przekazać. Cisza mówi czasem więcej niż słowo.
Cisza, której radio nie lubi.
A jednak musiała wybrzmieć. Po chwili mężczyzna zaczął mówić dalej. Pozwoliliśmy mu opowiedzieć wszystko. „Najgorszego” telefonu nigdy nie dostałem, ale zdarzył mi się sen, w którym ktoś dzwoni i mówi, że właśnie popełnia samobójstwo. Nie wiem, jak bym zareagował. I naprawdę nie chcę się dowiedzieć.
Zostawmy najtrudniejsze rozmowy – przejdźmy do tych jasnych. Jedna z nich wydarzyła się w nocy z 14 na 15 czerwca 1993 roku, prawda?
Pięciogodzinna rozmowa z ks. prof. Józefem Tischnerem. Nie wiem, czy najważniejsza – wszystkie rozmowy są ważne – ale ta z pewnością była wyjątkowa. Bałem się jej: pięć godzin z taką postacią! A po kilku minutach poczułem absolutne bezpieczeństwo. Tischner miał niezwykłą umiejętność słuchania i dystans do siebie. Przy nim pytania układały się same. To była metafizyczna podróż: o sensie, o człowieku, o Bogu, o świecie. Bardzo brakuje dziś takiego głosu.
Jak udało ci się namówić taki autorytet do rozmowy?
Naturalnie. Przyjeżdżał wtedy do Łodzi, a w radiu mieliśmy pokój gościnny. Zaproponowałem pięć godzin nocnej rozmowy i nocleg w rozgłośni. Zgodził się bez wahania. Kiedy później czytałem biografię księdza, napisaną przez Wojciecha Bonowicza, utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że Tischner był człowiekiem, który wręcz lgnął do ludzi. U niego zawsze był tłok i żywa rozmowa.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 8 Mariusz Woźniczka z ks. prof. Józefem Tischnerem](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/mariusz-ks-tischner.jpg)
Po powrocie „Radia Nocą” wyemitowaliśmy waszą rozmowę w dwóch częściach.
To kolejny dowód, że radio jest teatrem wyobraźni. Obraz narzuca postrzeganie, warunki. A głos Tischnera, mimo że minęły 32 lata, wciąż brzmi tak, jakby siedział obok, tu i teraz. Piękne, że ta rozmowa ocalała. I tym samym też ocalał dla nas „kawałek” wielkiego autorytetu.
Wspomniałeś o niej akurat w roku tischnerowskim.
I wrócimy do niej ponownie. Na początku 2026 roku. Bardzo chciałbym, aby w „Radiu Nocą” spotkali się Wojciech Bonowicz i kard. Grzegorz Ryś. Będziemy rozmawiać o tym, co z ks. prof. Józefa Tischnera zostało w każdym z nas, w naszym społeczeństwie – i co powinno zostać. Chciałbym go trochę „ożywić”, przypomnieć jego niebywałą otwartość i mądrość. Za dużo wspaniałych ludzi odchodzi, zanim zdążymy z nimi porozmawiać.
Masz dziś swojego wymarzonego rozmówcę?
Chciałbym znaleźć współczesnego odpowiednika ks. Tischnera – kogoś o mądrym, spokojnym spojrzeniu na świat i człowieka. Pytałem wiele osób, ale nikt nie potrafił wskazać takiej postaci. Ja też nie mam zamiaru rzucać nazwiskiem. To nie znaczy, że taka osoba nie istnieje – wierzę, że ją znajdę. Może ktoś już ją dostrzega, będę wdzięczny za podpowiedź.
Wiem już, że nie lubisz szufladkowania. Wiem też, że cenisz „naprawiaczy świata” – to im często oddajesz antenową przestrzeń.
Kiedyś myśląc o „naprawiaczach świata”, widziałem głównie tych walczących o ziemską biosferę, wodę, klimat, o nasze przetrwanie na Ziemi. Obecnie poszerzam moją definicję. „Naprawiaczem” jest każdy, kto reperuje choćby mały fragment rzeczywistości: tej społecznej i jednostkowej, tej globalnej i lokalnej. To może być: prezes fundacji, aktywista, naukowiec, nauczyciel, psycholog, decydent, przedsiębiorca – ktoś, kto po prostu czyni świat lepszym.
Co cię w nich najbardziej porusza?
To, że robią to często nie dla rozgłosu, tylko z poczucia pewnej swojej misji, odpowiedzialności i solidarności. Poruszają mnie na przykład osoby z niepełnosprawnościami. Każdy z nich, z kim miałem okazję rozmawiać, myślał nie tylko o odzyskaniu swojej sprawności, lecz również o tym, jak pomóc innym w podobnej sytuacji. Taka wrażliwość jest odwrotnością egoizmu. A solidarność będzie stawała się coraz ważniejsza dla naszego przetrwania, o czym za mało mówimy w medialnym mainstreamie.
Świat oczami mainstreamowych mediów to inny niż ten, który widzisz w rozmowach nocnych?
Kompletnie inny. Mainstream często pokazuje obraz bardziej ponury i konfliktowy niż rzeczywistość. Zło bardziej przykuwa uwagę i sprzedaje się łatwiej niż dobro. A w rozmowach nocnych widzę ludzi dobrych, otwartych, empatycznych. Czasem mam wrażenie, że „Radio Nocą” jest jak oaza – tyle pięknych postaw tu spotykamy. I niech taki nasz obraz przebija się szerzej. To uważam za część swojej misji. Chciałoby się zacytować Czesława Niemena: „Lecz ludzi dobrej woli jest więcej”.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 9 Mariusz Woźniczka w studiu Radia Łódź w trakcie audycji „Radio Nocą”, fot. Konrad Ciężki](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/BH2A0776-1-scaled.jpg)
W nawiązaniu do tego cytatu można przytoczyć inny: „A jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem”. Czy chciałbyś spotkać się z ludźmi, którzy nie angażują się w naprawianie świata?
Powiedziałem kiedyś na antenie, że chciałbym porozmawiać z hejterem. Nie po to, by go promować, ale żeby zrozumieć, co człowieka pcha do niszczenia innych z anonimowego cienia. Podobnie chciałbym porozmawiać z socjotechnikiem, któremu aż świecą się oczy, gdy mówi, że potrafi zmanipulować ludzi dla korzyści politycznych czy biznesowych. Widziałem takie osoby. Chciałbym zrozumieć, poznać mechanizmy zła. To nie oznacza aprobaty.
Dlatego zdecydowałeś się porozmawiać z… mordercą?
W latach dziewięćdziesiątych zacząłem interesować się ludźmi, którzy wypadli poza margines społeczny, np. weszli w konflikt z prawem i trafili do więzień. I doszło do sytuacji, która dziś wydaje mi się aż nierealna. Jeden z mężczyzn, skazany za zabójstwo, po wyjściu na przepustkę, przyjechał do radia i poprosił mnie o rozmowę. Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Pamiętam jego ręce – chude palce, długie paznokcie – i sposób, w jaki patrzył, jak mówił. Miałem wrażenie, że oglądam kadr z „Milczenia owiec”.
A później sam spędziłeś dzień w więzieniu.
Dostawałem setki listów od osadzonych: „Proszę przyjechać, zobaczyć, jak tu naprawdę jest”. Zapraszano mnie do Łęczycy, na Smutną w Łodzi, do różnych zakładów w regionie. Jeździłem tam, rozmawiałem. Żeby zrozumieć więzienną codzienność od środka, zostałem na jeden dzień „stażystą” w mundurze strażnika. Cała załoga – poza dyrektorem, z którym uzgodniliśmy ten eksperyment – nie miała pojęcia, kim jestem. Na porannym apelu zostałem przedstawiony załodze jako absolwent psychologii, który odbywa praktyki przed podjęciem pracy w więziennictwie.
Jak wyglądał ten dyżur?
Dostałem pełny mundur, czapkę – wszystko poza jednym elementem. Dyrektor poprosił, żebym przyjechał w czarnych butach. Stawiłem się w czarnych mokasynach. Przez większość ośmiogodzinnego dyżuru chodziłem z jednym z funkcjonariuszy: dyżurka, korytarze, cele. W pewnym momencie zobaczyłem na korytarzu prowadzonego jako więźnia człowieka, którego znałem z widzenia – trafił za kraty za spowodowanie wypadku śmiertelnego po alkoholu. Spotkaliśmy się oczami i natychmiast odwróciłem wzrok, żeby nie zburzyć całej mistyfikacji.
Udało ci się utrzymać anonimowość do końca?
Niestety nie. Pod koniec dyżuru mój „partner” nagle się zmienił – z normalnej rozmowy przeszedł w pełne napięcia milczenie. W końcu zapytał: „Kim ty właściwie jesteś?”. Zwrócił uwagę na moje buty, bez sznurówek. Zaczął podejrzewać, że jestem tajnym kontrolerem przysłanym do oceny jego pracy. Natychmiast się „ugotował”.
Jak zareagowałeś?
Nie miałem wyjścia. Musiałem powiedzieć, że jestem dziennikarzem i po co tu jestem. Mimo to cały eksperyment okazał się bezcenny. Pozwolił mi realniej spojrzeć na te listy. Prawie każdy osadzony uważa, że jest niesłusznie skazany albo źle traktowany. Zobaczyłem, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana niż te dramatyczne relacje. To doświadczenie wykorzystałem także w późniejszym telewizyjnym programie „Maski i twarze”.
Myślałeś, co byś robił, gdyby nie radio?
Człowiek zawsze był w centrum moich zainteresowań – niezależnie od tego, czym się akurat zajmowałem. Chociaż nie zostałem paleontologiem, wyobrażałem sobie czasami przed snem, że tworzę reportaż telewizyjny o polskich naukowcach na pustyni Gobi. Zawsze ciągnęło mnie do historii ludzi – ich emocji, poszukiwań i pragnienia, by poznawać walkę o coś.
Skąd ta orientacja na człowieka?
Od zawsze. Pamiętam, już na początku roku maturalnego nasza wychowawczyni powiedziała całej klasie, że to ja będę uczniem typowanym przez szkołę na studia bez egzaminów. Byłem bowiem bardzo aktywny społecznie, startowałem w konkursach, reprezentowałem Polskę w Europie. Aż przyszła matura z języka polskiego. Wybrałem temat dowolny. Napisałem na kartce jedno, pierwsze słowo: „Człowiek”. Postawiłem kropkę – i nagle poczułem, że cały mój prymusowski świat zaraz runie – nie wiedziałem, co napisać dalej. Siedziałem chyba z godzinę spocony, pewien, że za chwilę obleję. Nie potrafiłem po tej kropce zbudować żadnego zdania, a nie chciałem też z tego pierwszego, samodzielnego słowa zrezygnować. Nagle ruszyło – napisałem pracę, dostałem piątkę.
Obroniłeś się.
I dopiero później zrozumiałem, że „Człowiek” we mnie siedzi naprawdę. Pani dyrektor w Polskim Radiu, podczas tych rozmów w połowie lat osiemdziesiątych, w których namawiała mnie do pracy w radiu, o której wiedziałem, że nie mogę jej wtedy przyjąć, powiedziała mi, że kiedy kandydat odpowiada na pytanie o zainteresowania: „interesuje mnie człowiek”, to natychmiast go żegna. Gdyby mnie wtedy o to spytała, odpowiedziałbym dokładnie tak. Być może wtedy już sama by mnie pożegnała.
Jako menadżer też stawiasz ludzi na pierwszym miejscu?
Zawsze. Niezależnie od tego, czy byłem dziennikarzem, szefem w mediach czy robiłem coś zupełnie innego – chciałem, by ludziom było ze mną dobrze. Ogromną radość dają mi telefony dawnych współpracowników: „Mariusz, byłeś najlepszym szefem mojego życia”. Gdy odchodziłem z Radia Eska, na uroczystym pożegnaniu, wobec 80-osobowego top managementu Grupy Radiowej, mój Zespół zaprezentował film o mnie, nadając mu tytuł „O człowieku, który kocha ludzi”. Byłem zszokowany, że pokazując mnie na wielkich festiwalowych scenach, wydobyli właśnie to. Choć moja żona Magda powiedziała mi przed tym pożegnaniem: „Tylko się nie rozpłacz”, rozpłakałem się. Płyta z tym filmem stoi do dzisiaj na półce – widzę ją codziennie, gdy wchodzę do pokoju. Uznanie i wdzięczność ludzi jest dla mnie nagrodą ważniejszą niż sukcesy zawodowe.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 10 Mariusz Woźniczka współtworzył wiele imprez muzycznych m.in. Eska Music Awards](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/mariusz-eska-music-awards-2007-lodz.jpg)
A tych masz w dorobku sporo.
Przez dwie dekady tworzyłem największe w Polsce projekty crossmediowe łączące radio i telewizję: festiwale, trasy koncertowe, wydarzenia gromadzące setki tysięcy ludzi – Eska Music Awards, Hity na Czasie, Sopot Hit Festival, Lato ZET i Dwójki. Nawet kiedyś policzyłem, ponad 100 wielkoformatowych koncertów i festiwali, które łącznie obejrzała w telewizji widownia ponad 200 milionów a na miejscu ponad 3 miliony uczestników.
Imponujące wyniki.
Nieskromnie powiem, ale przez dwie pierwsze dekady XXI wieku byłem w tej dziedzinie uważany za numer 1 w Polsce. Gdy odchodziłem z Radia Eska, ówczesny prezes powiedział mi, że osiemdziesiąt procent mocy marki Eska to moja zasługa. Jednocześnie uwielbiałem wmieszać się w tłum – bez identyfikatora – i słuchać ludzi. Chciałem się dowiedzieć, dlaczego przychodzą i jakie są ich oczekiwania. To nadawało sens temu, co robiliśmy. Kiedyś, zaraz po zakończeniu jednej z gal Eska Music Awards, zatrzymałem się na chwilę w wielkim hallu, pełnym wychodzących ludzi. Nagle stanął przede mną młody mężczyzna, patrząc mi prosto w oczy, powiedział z pasją: „Jestem dumny, że Eska Music Awards robi pan w Łodzi”. To dla mnie była tak wielka nagroda, jak wtedy, gdy podszedł do mnie słuchacz po programie w „Żaku”.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 11 Mariusz Woźniczka był numerem 1 w Polsce, jeżeli chodzi o organizację wielkich imprez muzycznych](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/mariusz-lato-zet-dwojka-2013.jpg)
A jednak w pewnym momencie te imprezy nabrały dla ciebie innego znaczenia.
Pomyślałem, że na tym etapie życia powinienem zastanowić się, jak wykorzystać zdolność gromadzenia tak licznej widowni i jej ogromną energię – nie tylko do zabawy, choć w niej nie ma nic złego, lecz do działań, które są dzisiaj najważniejsze: powstrzymania destrukcji ziemskiej biosfery. Tak narodziły się Fundacja For Earth For Us i Earth Festival Uniejów. Chodziło o to, by rozrywka nie była celem, lecz środkiem – przyciągała ludzi i umożliwiała podnoszenie ich świadomości, otwierała na dobre praktyki: oszczędzanie wody i energii, niezaśmiecanie środowiska, sadzenie drzew, budowanie domków dla ginących owadów. Rozbudzała poczucie odpowiedzialności nie przez straszenie, lecz przez radość i wspólnotę.
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 12 Mariusz Woźniczka stworzył Earth Festiwal w Uniejowie](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/mariusz-earth-festival-uniejow-2023.jpg)
Wierzysz, że w drobnych codziennych działaniach jest siła?
Absolutnie. Jeśli każdy z 35 milionów Polaków zaoszczędzi litr wody dziennie – to mamy konkret. Mały gest pomnożony przez miliony daje ogromną zmianę. O to chodzi w moich projektach – o krok, który każdy może wykonać. Bez większego wysiłku.
Mówiłeś o „naprawiaczach świata”. Jak widzisz swoją rolę wobec globalnych wyzwań?
Chcę promować ludzi i rozwiązania, które naprawdę działają – od ekologii po odpowiedzialność społeczną. Zapraszam takich gości, pokazuję dobre praktyki z całego świata. Izrael jest świetnym przykładem: na szkołach montuje się zbiorniki na deszczówkę, wykorzystywaną później w toaletach czy do podlewania roślin. Każda kropla jest cenna. A pas centralny Polski wysycha. Jeśli nic nie zrobimy, czeka nas racjonowanie wody – nie za sto, tylko za kilkanaście lat. Paradoks polega na tym, że dopóki coś mamy, nie doceniamy tego.
Brzmi jak ostrzeżenie, ale też wezwanie do działania. Jak poważne są te wyzwania?
Najpoważniejsze w historii ludzkości. Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które dysponuje wiedzą o skali kryzysu klimatycznego, i ostatnim, które może go jeszcze opanować. Po przekroczeniu pewnych progów nie będzie już ani odwrotu, ani możliwości kontroli. Na razie możemy się jeszcze adaptować, ale ta szansa potrwa globalnie już tylko kilka lat. I tu nie chodzi o samą Planetę – ona sobie z nami czy bez nas poradzi. Chodzi o nasze przetrwanie na Ziemi.
A jednak wciąż spotykasz się z postawą: „Co mnie obchodzi rafa koralowa w Australii”.
Świat jest systemem naczyń połączonych. Problemem jest nie tylko katastrofa klimatyczna, ale wytrącenie przez nas z równowagi kluczowych systemów planetarnych Ziemi: zakwaszenie oceanów, niszczenie gleby, szóste wielkie wymieranie gatunków. Tylko cztery procent wszystkich ssaków na Ziemi to dzikie zwierzęta. Sześćdziesiąt procent stanowią hodowlane i domowe a trzydzieści sześć – my, ludzie. Człowiek żyje żarłocznie, na kredyt wobec Planety i siebie samego, okradając siebie i przyszłe pokolenia z ich przyszłości. To musi się zmienić – i wciąż może.
Skoro o zmianach mowa, zmieńmy temat. Co robisz w wolnym czasie – jeśli go masz?
Uwielbiam filmy popularnonaukowe i książki – ostatnio więcej niż przez wiele lat. Równie mocno kocham błogie lenistwo: usiąść z kawą, przeczytać kilka zdań, pomyśleć, wrócić do nich. To wtedy, kiedy pozornie „nic nie robię”, często rodzą się najlepsze pomysły.
Najlepsze projekty z leniuchowania?
Tak właśnie powstał Earth Festival Uniejów. Leżałem na kanapie i myślałem: co zrobić z doświadczeniem ponad stu zorganizowanych szeroko zasięgowych wydarzeń, setek milionów widzów? I wtedy zaczęło się układać.
Dlatego marzę o czasie, w którym znów będę mógł po prostu „pobyczyć się” – bez poczucia winy (śmiech).
A inne marzenia – niezwiązane z zawodem?
Chciałbym zobaczyć lądowanie człowieka na Marsie. Widziałem lądowanie na Księżycu, więc liczę, że jeszcze za mojego życia ktoś stanie na „Czerwonej Planecie”. Zawsze, gdy było mi bardzo ciężko, „uciekałem w kosmos” – żeby zobaczyć swoje problemy z szerszej perspektywy. To pomaga. Mars jest dla mnie symbolem cywilizacyjnego wyzwania.
A prywatnie?
Nie chcę zmarnować życia na pogoni za tytułami i sukcesami. Przez lata pracowałem w Warszawie, mieszkałem w Łodzi. Poniedziałek–piątek w rozjazdach. Pandemia spowodowała, że wróciłem do domu i dziś wiem, że nie chcę już przeoczyć codziennych małych radości: kawy z żoną Magdą, pracy w ogródku, zwykłego bycia razem.
Czego można ci życzyć?
Żeby na końcu życia móc powiedzieć sobie, że dobrze wykorzystałem swój czas i to, co dostałem: talenty, możliwości, wrażliwość. I żeby ludzie, z którymi byłem w drodze, zachowali mnie w dobrej pamięci i wspominali z wdzięcznością – choćby małą. To byłoby dla mnie najważniejsze. Zostawić po sobie dobry ślad.
Wszystkie wywiady z cyklu „Ludzie radia” dostępne są TUTAJ
BIP
![Mariusz Woźniczka - człowiek, który kocha ludzi. O Radiu Łódź, świecie mediów, ratowaniu Planety i Człowieka [ROZMOWA] 1 Mariusz Woźniczka w studiu Radia Łódź](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/BH2A0807-scaled-1140x815.jpg)
![Paweł Kwiatkowski przez 10 lat szedł… do Radia Łódź. „Marzenia naprawdę się spełniają” [ROZMOWA] 13 Paweł Kwiatkowski w Piotrkowie Trybunalskim](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/09/Pawel-Kwiatkowski-fot.-Konrad-Ciezki-8457-120x86.jpg)
![Jakub Wielgus całe życie w Radiu Łódź. „Bez ludzi byłoby tylko budynkiem pełnym sprzętu” [ROZMOWA] 14 Jakub Wielgus w archiwum Radia Łódź](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/08/Kuba-Wielgus-fot.-Konrad-Ciezki-9-120x86.jpg)
![Iwona Błaszczyk od 38 lat po drugiej stronie radia. „To więcej niż miejsce pracy” [ROZMOWA] 15 Iwona Błaszczyk przy stole realizatorskim](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/07/H2A7575-kopia-120x86.jpg)
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 16 Piotr Stańczyk](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/H2A0176-120x86.jpg)

![Lider pokonany w Bełchatowie. PGE GiEK Skra wygrała po raz siódmy w sezonie [ZDJĘCIA] 18 Lider pokonany w Bełchatowie. PGE GiEK Skra wygrała po raz siódmy w sezonie](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2025/12/Skra-Belchatow-vs-Warta-Zawiercie-19-scaled-75x75.jpg)


