MARKETING RADIA łÓDŹ
TELEFONY DO STUDIA: (42) 678 78 78 | 606 78 78 78
SŁUCHAJ NA ŻYWO
niedziela, 27 września 2026
  • Zaloguj
Radio Łódź
  • Ramówka
    • Poniedziałek
    • Wtorek
    • Środa
    • Czwartek
    • Piątek
    • Sobota
    • Niedziela
  • Audycje i podcasty
  • Konkursy
  • Akademia Młodego Radiowca
  • Patronat
  • Radio Łódź
    • Marketing Radia Łódź
    • Kampanie społeczne w Radiu Łódź
    • BIP
    • Rada programowa
    • Polityka prywatności
    • Kontakt
Brak wyników
Zobacz wszystkie wyniki
  • Ramówka
    • Poniedziałek
    • Wtorek
    • Środa
    • Czwartek
    • Piątek
    • Sobota
    • Niedziela
  • Audycje i podcasty
  • Konkursy
  • Akademia Młodego Radiowca
  • Patronat
  • Radio Łódź
    • Marketing Radia Łódź
    • Kampanie społeczne w Radiu Łódź
    • BIP
    • Rada programowa
    • Polityka prywatności
    • Kontakt
Brak wyników
Zobacz wszystkie wyniki
Radio Łódź
LIVE
Brak wyników
Zobacz wszystkie wyniki
  • Mariusz Janik
    Mariusz Janik
    Zobacz wszystkie artykuły
  • 28 lipca 2026 15.15
  • 28 lipca 2026 21.45

Iwona Błaszczyk od 38 lat po drugiej stronie radia. „To więcej niż miejsce pracy” [ROZMOWA]

Do Radia Łódź trafiła przez przypadek. Została na blisko 38 lat. Iwona Błaszczyk przez większość zawodowego życia pracowała po drugiej stronie szyby - tam, gdzie słuchacze nie zaglądają, ale bez czego radio nie mogłoby istnieć. W rozmowie z Mariuszem Janikiem wspomina ludzi, którzy nauczyli ją tego zawodu, opowiada o odpowiedzialności, przyjaźniach i cenie wielkiej pasji.
Iwona Błaszczyk przy stole realizatorskim

Iwona Błaszczyk przy konsolecie, fot. Konrad Ciężki

Udostępnij na FacebookuTwittnij

Mariusz Janik: W sierpniu minie 38 lat twojej pracy w Radiu Łódź. Pamiętasz pierwszy dzień?

Iwona Błaszczyk: Z jednej strony wspominam go bardzo dobrze, a z drugiej niezbyt dobrze. Jedna z koleżanek zapytała: „Po co ty tutaj przyszłaś?”. Usłyszałam tyle negatywnych rzeczy, że wróciłam do domu z płaczem. Stwierdziłam, że nie chcę tam pracować. Zareagował mój tata, który powiedział: „Nie słuchaj innych”. Zostałam.

Nie brzmi to, jak wymarzony początek zawodowej kariery.

Zdecydowanie nie. Zwłaszcza że miałam wtedy 21 lat i właściwie nie wiedziałam jeszcze, czego chcę od życia. Dzisiaj łatwo powiedzieć, że radio było moim przeznaczeniem, ale wtedy nic na to nie wskazywało.

Jak więc trafiłaś do Radia Łódź?

Trochę przypadkiem. Po maturze nie dostałam się na historię. Poszłam więc do studium radiowo-telewizyjnego przy ulicy Strykowskiej. Mieliśmy praktyki w telewizji. Pracowałam przy montażu i bardzo dobrze dogadywałam się z ludźmi techniki. W pewnym momencie powiedzieli mi: „Idź do szefa. Może cię zatrudni. Brakuje etatu”.

Co usłyszałaś?

Że nie zostanę zatrudniona, bo jestem kobietą. Dzisiaj brzmi to niewiarygodnie, ale dokładnie takie słowa wtedy padły. Byłam młoda, więc oczywiście było mi przykro. Nie rozumiałam tego. Po latach myślę, że wyszło mi to na dobre.

Dzięki temu trafiłaś do radia.

O którego istnieniu wtedy nawet nie wiedziałam! Jeden z kolegów powiedział mi: „Zadzwoń do radia. Może tam kogoś szukają”. Wykręcił numer. Zadzwoniłam. Usłyszałam, że faktycznie potrzebują ludzi do eksploatacji i konserwacji. Nie miałam pojęcia, co to oznacza. (śmiech). Zapytano mnie, kiedy mogę przyjść. Odpowiedziałam: „Od razu”. I tak 1 sierpnia 1988 roku znalazłam się przy Narutowicza 130.

Jakie było Radio Łódź w 1988 roku?

Takie, którego młodsi ludzie pewnie nie potrafią sobie już wyobrazić. Programu lokalnego było niewiele. Rano półtorej godziny, w południe piętnaście minut, po południu godzina. W niedzielę bodaj cztery godziny. Dopiero później wszystko zaczęło się rozwijać. Ale najważniejsze było coś innego.

Co takiego?

Ludzie musieli cię zaakceptować. Albo się nadawałeś, albo nie. Tak samo było z dziennikarzami. Na staże przychodziło piętnaście osób, a zostawały trzy albo cztery. Liczyła się nie tylko dykcja czy głos. Potrzebna była osobowość. To „coś”, czego nie da się nauczyć. Dlatego zostali między innymi Monika Czerska, Jacek Grudzień czy nieżyjący już Jarek Manowski.

Kiedy poczułaś, że to miejsce jest dla ciebie?

Nie od razu. Najpierw musiałam nauczyć się tego świata. Ale bardzo szybko zrozumiałam jedną rzecz – radio nie jest budynkiem, sprzętem ani technologią. Radio to ludzie. Chyba właśnie oni sprawili, że zostałam tutaj na tyle lat.

Iwona Błaszczyk z Jolantą Kozłowską i Jackiem Grudniem
Iwona Błaszczyk z Jolantą Kozłowską i Jackiem Grudniem, fot. prywatne archiwum

Czym radio jest dla ciebie obecnie?

Wszystkim. Drugim domem. Ludźmi. Już się rozczuliłam… Radio to coś więcej niż styl życia. Oczywiście przez te wszystkie lata bywało różnie – od chwil bardzo dobrych po bardzo trudne. Prawda jest jednak taka, że spędziłam tutaj większą część swojego dorosłego życia. Więcej niż gdziekolwiek indziej.

Od czego zaczynałaś pracę w radiu?

Od tego, czego dziś właściwie już nie ma. Pracowałam przy tak zwanym przegraniu materiałów. Dziennikarze przynosili nagrania, a my przygotowywaliśmy je do montażu. Trzeba było wyrównać poziomy, przegrać materiał na odpowiednią taśmę i przygotować wszystko tak, żeby później można było nad tym pracować. Dla młodych ludzi może to brzmieć egzotycznie, ale wtedy radio pachniało taśmą magnetyczną.

Wartoprzeczytać

Paweł Kwiatkowski w Piotrkowie Trybunalskim

Paweł Kwiatkowski przez 10 lat szedł… do Radia Łódź. „Marzenia naprawdę się spełniają” [ROZMOWA]

27 września 2026
Jakub Wielgus w archiwum Radia Łódź

Jakub Wielgus całe życie w Radiu Łódź. „Bez ludzi byłoby tylko budynkiem pełnym sprzętu” [ROZMOWA]

28 sierpnia 2026
Piotr Kurzawa

Czy na Łódź Summer Festival pojawią się wejściówki? Piotr Kurzawa Gościem RŁ [POSŁUCHAJ]

29 lipca 2026
Lech Leszczyński

Porozmawiajmy o sporcie. Lech Leszczyński o kondycji polskiej lekkoatletyki [PODCAST]

28 lipca 2026

Brzmi jak zupełnie inny świat.

Bo to był zupełnie inny świat. Nie było komputerów, nie było montażu cyfrowego. Wszystko robiło się ręcznie. Trzeba było słuchać, przewidywać i bardzo uważać. Po pewnym czasie ówczesny naczelny zdecydował, że pracownicy produkcyjni – zarówno technicy, jak i dziennikarze – przechodzą na system honorariów. To oznaczało, że każdy musiał być bardziej wszechstronny. W moim przypadku skończyło się tym, że zaczęłam realizować programy.

Byłaś na to gotowa?

Oczywiście, że nie. (śmiech). Wtedy obowiązywała prosta zasada: jeśli czegoś nie umiesz, musisz się nauczyć. I to szybko. Dostałam dwie taśmy i polecenie, żeby się nagrać. Kiedy później usłyszałam swój głos, wiedziałam już jedno. Nie będę pracować przed mikrofonem.

Nie spodobał ci się?

Chyba jak większości ludzi. Kiedy pierwszy raz słyszysz swój głos z nagrania, masz wrażenie, że to ktoś obcy. Dla mnie było to wystarczające doświadczenie, żeby zrozumieć, że zdecydowanie lepiej czuję się po drugiej stronie szyby.

Czego musiałaś nauczyć się na początku?

Właściwie wszystkiego. Montażu. Cięcia materiałów. Miksowania. Obsługi sprzętu. Pracy pod presją czasu. Nikt nie prowadził za rękę. Nie było gotowych instrukcji ani szkoleń, które przeprowadzałyby człowieka krok po kroku. Patrzyło się, słuchało i próbowało.

To była dobra szkoła?

Najlepsza. Choć wtedy pewnie nie nazwałabym tego szkołą, tylko walką o przetrwanie. (śmiech). Pracowałam razem z Ewą Szymańską. Byłyśmy dwiema realizatorkami obsługującymi program od rana do wieczora. Później program przechodził na antenę ogólnopolską. Dopiero z czasem radio zaczęło działać niemal przez całą dobę.

Na czym polegała wtedy praca realizatora?

Dzisiaj realizator kojarzy się głównie ze sprzętem. Wtedy to wyglądało inaczej. Realizator współtworzył program. Dobierał muzykę. Budował atmosferę. Współpracował z dziennikarzem. Czasem uczestniczył w tworzeniu bardziej artystycznych form radiowych. Pamiętam Joasię Sikorzankę, która przyszła kiedyś do mnie i powiedziała: „Znajdź mi jakiś ciekawy instrumental. Będziemy czytać poezję”. I człowiek szukał. To była prawdziwa współpraca.

Iwona Błaszczyk
Iwona Błaszczyk większą część pracy w Radiu Łódź spędziła jako realizatorka programu, fot. prywatne archiwum

Czyli realizator nie był tylko osobą od przycisków?

Nigdy. Przynajmniej dla mnie. Można nauczyć się obsługi sprzętu. To kwestia czasu. Znacznie trudniej nauczyć się słuchać. A właśnie na tym polega ta praca.

Muzyka też była częścią tej opowieści?

Bardzo ważną. Wtedy funkcjonowali jeszcze oprawcy muzyczni. Dziennikarze współpracowali z konkretnymi osobami, które przygotowywały muzykę do programów. Każdy przynosił stosy taśm. Realizator musiał zdecydować, co wybrać, kiedy tego użyć i jak zbudować odpowiedni klimat. Mieć wyczucie.

W którym momencie poczułaś się pewnie w tym zawodzie?

Chyba nigdy. I mówię to całkiem serio. Radio bardzo szybko uczy pokory. Wystarczy jeden błąd, żeby przypomnieć sobie, że nie można być zbyt pewnym siebie.

Pamiętasz swój pierwszy poważny błąd?

Bardzo dobrze. Przyszłam na program i nie sprawdziłam mikrofonów. A w radiu obowiązuje zasada ograniczonego zaufania. Ktoś wcześniej wszystko poprzestawiał. Usiadłam za konsoletą i nagle… cisza. Duża cisza.

Najgorsze, co może wydarzyć się w radiu.

Zdecydowanie! Ówczesny kierownik powiedział później, że właściwie uratował mi pracę. Obniżono mi wynagrodzenie za program. Było mi strasznie wstyd. To była jedna z najważniejszych lekcji w moim życiu zawodowym.

Czego cię nauczyła?

Że zawsze trzeba sprawdzać wszystko samemu. Od tamtej pory przychodzę wcześniej. Sprawdzam mikrofony, sprzęt, program. Nie dlatego, że nie ufam ludziom. Po prostu wiem, że każdy może się pomylić. Ja również.

Radio jest bardziej stresujące, niż słuchaczom się wydaje?

Zdecydowanie. Co ciekawe, najgorszy nie jest sam moment awarii. Kiedy coś się dzieje, człowiek działa automatycznie. Adrenalina pomaga. Najtrudniej jest później, kiedy problem zostaje rozwiązany. Kiedy program wraca na właściwe tory. Wtedy nagle zaczynają drżeć ręce. I dopiero wtedy dociera do ciebie, jak blisko było katastrofy.

Istnieje recepta na idealną realizację?

Nie, bo radio jest żywe. Sprzęt może się zawiesić, a system odmówić posłuszeństwa. Zawsze może wydarzyć się coś nieprzewidzianego. Najważniejsze jest wtedy jedno.

To znaczy?

Nigdy nie dopuścić do ciszy. W radiu od zawsze obowiązywała zasada: „Daj mikrofon i niech ktoś mówi”. Właśnie w takich momentach poznaje się najlepszych dziennikarzy. Potrafią opowiadać tak, że słuchacz nawet nie zauważy, że przed chwilą wydarzyło się coś bardzo poważnego. I chyba właśnie za to najbardziej lubię radio. To praca, która codziennie przypomina człowiekowi, że nawet po wielu latach nadal ma się czego uczyć.

Powiedziałaś wcześniej, że momentem przełomowym nie była dla ciebie technologia ani pierwsze samodzielne realizacje, tylko ludzie.

Kiedy dziś myślę o radiu, nie widzę konsolet, taśm ani komputerów. Widzę ludzi. To właśnie oni sprawili, że zostałam tutaj na tyle lat. Powtórzę raz jeszcze – Radio to ludzie. To nie jest tylko slogan.

Co jest w nich takiego wyjątkowego?

Trudno to opisać. Radiowcy są ludźmi ciekawymi świata. Wrażliwymi. Często są trochę zwariowani. Każdy jest inny, ma własny temperament, własne przyzwyczajenia i sposób opowiadania. Może dlatego radio nigdy nie było dla mnie zwykłym miejscem pracy. Tworzyliśmy coś razem. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Przeżywaliśmy sukcesy, porażki, stresy i kryzysy. Po tylu latach trudno oddzielić pracę od relacji.

Miałaś swoich mistrzów?

W studiu nagrań bardzo imponował mi Andrzej Papajak. Podobał mi się jego sposób pracy i spokój. Potrafił budować dźwięk z ogromną precyzją. Duży wpływ miał na mnie również Wiktor Skrzydłowski, mój szef i główny inżynier Radia Łódź. Nie był realizatorem. Patrzył na radio z innej perspektywy – człowieka, który odpowiadał za całość technicznego zaplecza stacji. To on zarządzał zespołem, podejmował decyzje i oceniał, kto nadaje się do tej pracy. Bardzo dużo mu zawdzięczam. A jeśli miałbym wskazać jedną osobę, która najmocniej wpłynęła na moje myślenie o radiu, byłaby to Romana Mater.

Dlaczego?

Bo była prawdziwą mistrzynią. Miała niezwykły dar uczenia ludzi tego zawodu. Potrafiła pokazać, że radio nie polega na czytaniu tekstu, ale na opowiadaniu. Pamiętam ćwiczenie, które często zadawała młodym dziennikarzom. Kazała im otworzyć okno i opowiedzieć, co dzieje się na zewnątrz, ale nie tak, żeby po prostu wymienić fakty. Trzeba było zrobić to tak, żeby słuchacz chciał słuchać dalej.

Czyli nauczyć się patrzeć?

I opowiadać. W radiu nie czyta się do mikrofonu, tylko się mówi obrazami. Trzeba umieć sprawić, żeby słuchacz zobaczył to, czego nie może zobaczyć. Nawet informację o ulicznych korkach można przekazać w ciekawy albo nudny sposób. To jest właśnie różnica.

Iwona Błaszczyk w radiowym studiu z Adamem Kołacińskim
Iwona Błaszczyk w radiowym studiu z Adamem Kołacińskim, fot. prywatne archiwum

Radio to bardziej talent czy rzemiosło?

Jedno i drugie. Warsztatu można się nauczyć, ale potrzebna jest też pewna iskra. Nie każdy, kto ma ładny głos, będzie dobrym radiowcem. I odwrotnie. Zdarzało się, że ktoś miał głos daleki od ideału, a słuchało się go z ogromną przyjemnością. Bo był prawdziwy.

Prawda jest w radiu aż tak ważna?

Najważniejsza. Mikrofonu nie oszukasz. Możesz próbować, możesz udawać, możesz stworzyć jakąś wersję siebie. Wcześniej czy później słuchacz to wyczuje. Mikrofon bardzo szybko pokazuje, czy jesteś naturalny, czy też grasz.

Słuchając radia, potrafisz rozpoznać, kto siedzi za konsoletą?

Oczywiście, bo każdy realizator pracuje trochę inaczej i ma własne przyzwyczajenia. A najważniejsza jest relacja między realizatorem a prowadzącym.

Dlaczego?

Realizator jest trochę rękami osoby siedzącej przed mikrofonem. Jeżeli między tymi ludźmi jest porozumienie, wszystko dzieje się naturalnie. Program płynie, nie trzeba niczego tłumaczyć. Czasem wystarczy jedno spojrzenie. Jeżeli tej chemii nie ma, trzeba ją wypracować. Bez współpracy dobrego programu po prostu nie będzie.

Brakuje ci jakichś radiowych głosów?

Brakuje mi Jarka Manowskiego, Janka Targowskiego, Krzysztofa Michalskiego. To były osobowości. Ludzie, którzy mieli coś do powiedzenia. I potrafili to powiedzieć w taki sposób, że chciało się ich słuchać.

Rozmawiając z osobami z wieloletnim radiowym stażem, często słyszę, że to nie jest tylko praca. To także wspólne wyjazdy, przyjaźnie.

Dawne radio było pod tym względem trochę inne. Były wspólne wyjazdy. Mazury, Karpacz, mistrzostwa dziennikarzy. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu w pracy, ale poznawaliśmy się tak naprawdę poza nią. Poza anteną i codziennymi obowiązkami.

To budowało wspólnotę?

Bardzo. Do dziś, kiedy spotykamy się po kilku latach, mam wrażenie, że widzieliśmy się wczoraj. Nie trzeba zaczynać rozmowy od nowa, niczego tłumaczyć. To coś więcej niż zwykła znajomość.

Przyjaźń?

Z pewnością. Mogę powiedzieć, że przyjaźnię się z Moniką Czerską, której zawdzięczam bardzo dużo, także prywatnie. W gronie przyjaciółek są również: Jola Kozłowska, Ania Groblińska, Basia Pawłowska, Blanka Pietrzak i Jola Pawlikowska.

To prawda, że Monika namówiła cię na udział w Rajdzie Arabela? 

Nie wyglądam na osobę marzącą o udziale w rajdach samochodowych, prawda? (śmiech). Byłam raczej balastem niż kierowcą, ale pojechałam. I nie żałuję. To były niezwykłe wyjazdy, trochę sportu, trochę integracji, trochę pomagania innym. I bardzo dużo śmiechu.

Iwona Błaszczyk podczas Rajdu Arabela
Iwona Błaszczyk (z tyłu po lewej) podczas Rajdu Arabela. Na zdjęciu również: Anna Groblińska (z tyłu po prawej) oraz Monika Czerska (z przodu po lewej) i Agata Gwizdała-Malik (z przodu po prawej), fot. prywatne archiwum

Z tych wyjazdów narodziły się tzw. babskie spotkania.

Czasem po prostu potrzebujemy pobyć razem. Pośmiać się, czasem gdzieś wyjechać. Przede wszystkim porozmawiać.

Zdradzisz o czym?

Nie mogę powiedzieć (śmiech). Na pewno nie o radiu.

Wróćmy zatem do pracy w realizacji. Przez lata nauczyłaś się słuchać inaczej niż większość ludzi?

Zdecydowanie tak. Myślę, że każdy realizator po pewnym czasie zaczyna słyszeć rzeczy, na które inni nie zwracają uwagi. To trochę zawodowe skrzywienie. Bardzo przydatne.

W jakich sytuacjach?

Po głosie potrafię rozpoznać, gdzie znajduje się rozmówca. Czy jest w domu, czy siedzi w samochodzie, czy może stoi na ulicy. Akustyka bardzo wiele mówi. Czasem więcej niż same słowa.

Naprawdę da się to usłyszeć?

Mąż do dziś śmieje się, że nie jest w stanie mnie oszukać przez telefon (śmiech). Jeżeli mówi, że jest w jednym miejscu, a jest w innym, bardzo szybko to wychwycę. Po prostu słyszę przestrzeń. Po tylu latach pracy trudno tego nie słyszeć.

To dotyczy tylko dźwięku?

Nie, tak samo jest z ludźmi. W głosie słychać znacznie więcej, niż nam się wydaje. Zmęczenie, stres, zdenerwowanie, radość. Czasem nawet coś, czego rozmówca sam jeszcze nie potrafi nazwać.

Czyli mikrofon rzeczywiście pokazuje prawdę o człowieku?

Mikrofonu nie oszukasz. Możesz próbować, możesz się przygotować, możesz założyć pewną maskę, jednak wcześniej czy później coś pęknie. Pojawi się zawahanie, zmieni się tempo mówienia, zmieni się oddech. Słuchacz tego może nie zauważyć świadomie, ale podświadomie to wyczuje.

Dlatego radio jest tak wyjątkowym medium?

W telewizji pomaga obraz, w prasie tekst, a w radiu zostaje tylko głos. I właśnie dlatego musi być prawdziwy.

A muzyka?

Od zawsze była bardzo ważna w moim życiu. Jako dziecko słuchałam przede wszystkim muzyki. Rodzice mieli radio z adapterem. Pamiętam płyty Mieczysława Fogga, Marii Koterbskiej, Violetty Villas. Uwielbiałam śpiewać.

To prawda, że urządzałaś koncerty w piekarni?

Tak (śmiech). Mój tata był kierownikiem piekarni. Były tam schody i fantastyczne echo. Wchodziłam na nie i śpiewałam. Byłam przekonana, że brzmię jak prawdziwa artystka. Później śpiewałam też w chórze kościelnym. Muzyka była obecna w moim życiu od samego początku.

Została z tobą również w radiu.

Oczywiście, choć radio nauczyło mnie słuchać szerzej. W młodości byłam przede wszystkim rockowa. Natomiast praca sprawiła, że zaczęłam odkrywać muzykę klasyczną, jazz, różne gatunki, po które pewnie sama bym nie sięgnęła. Nie wszystko pokochałam. (śmiech) Eksperymentalny jazz nadal bywa dla mnie trudny, ale nauczyłam się słuchać bez uprzedzeń.

Iwona Błaszczyk i Michał Urbaniak
Iwona Błaszczyk i Michał Urbaniak, światowej sławy polski jazzman związany z Łodzią, fot. prywatne archiwum

Czego jeszcze nauczyło cię radio?

Pokory. To chyba najlepsze słowo. Wobec ludzi, pracy oraz własnych błędów. Także uważności na ludzi, słowa, emocje. Na rzeczy, które nie są wypowiadane wprost.

Masz tak również poza pracą?

Chyba tak. Choć nie wiem, czy to zawsze zaleta. Jestem osobą bardzo wrażliwą, przejmuję się ludźmi. Martwię się, analizuję. Czasem nawet za bardzo.

To cecha, która pomaga w radiu?

Bardzo, choć w życiu bywa męcząca. Człowiek nosi później różne historie ze sobą. Myśli o nich, wraca do nich. Przeżywa je jeszcze długo po zakończeniu rozmowy.

Od lat w Radiu Łódź wykonujesz bardzo ważną, ale anonimową pracę dla słuchaczy.

I bardzo mi to odpowiada. Gdy realizowałam, satysfakcję dawało mi to, że wszystko działało, jak należy. Że program się udał, dziennikarz mógł spokojnie zrobić swoją pracę. Jeżeli słuchacz nie zastanawiał się, ile osób stoi za audycją, to znaczyło, że wykonaliśmy swoje zadanie.

Z czasem przyszła jednak większa odpowiedzialność.

Zostałam kierowniczką realizatorów. Nagle okazało się, że nie odpowiadam już tylko za swoją pracę. Odpowiadam za cały zespół. Było to trudne, bo zawsze zależało mi na ludziach. Nie umiałam traktować ich wyłącznie przez pryzmat grafików i obowiązków. Byłam pomostem między nimi a zarządem. Ktoś powiedział kiedyś: jak masz dobre serce, musisz mieć twardą skórę. Święte słowa.

Obecnie odpowiadasz już za coś innego. Jest Dział Emisji.

To kolejny etap tej samej drogi. Emisja również wymaga ogromnej odpowiedzialności. Trzeba pilnować wielu rzeczy jednocześnie, myśleć kilka kroków do przodu, przewidywać problemy. Emisja to dział, który spina program. Układamy audycje, materiały, opisy. Pilnujemy, żeby realizator, który prowadzi program, miał wszystko na miejscu i nie musiał niczego szukać. Dziennikarze mają dostęp do opisów, mogą zapowiedzieć albo wypromować audycję. To trochę księgowość programu, trochę organizacja, trochę przedostatni element przed anteną. Ostatni jest realizator, który wszystko wypuszcza.

Tęsknisz za realizacją?

Bardzo. Emisja to ważna praca, ale realizacja jest we mnie bardzo mocno. Wspieram kolegów przy programie porannym i realizuję około trzech godzin anteny. Trudno całkowicie się od niej odciąć po tylu latach. Kiedy przechodziłam do emisji, koledzy Kuba Wielgus i Piotr Bielawski dali mi statuetkę z napisem „Iwona The Best”. Bardzo się wzruszyłam. Takie rzeczy pokazują, że ktoś cię docenia. Po tylu latach pracy. Naszą rozmowę również traktuję jako docenienie, benefit.

Iwona Błaszczyk otrzymała statuetkę "Iwona The Best"
Statuetka „Iwona The Best”, fot. prywatne archiwum

Przez całą rozmowę mówisz o radiu z ogromną czułością. Każda wielka pasja ma swoją cenę. Jaka była cena radia?

Myślę, że rodzina. To nie znaczy, że jej zabrakło. Wręcz przeciwnie. Zawsze była dla mnie bardzo ważna. Dziś, z perspektywy czasu, widzę, ile chwil oddałam pracy. Brałam krótsze urlopy. Zostawałam dłużej w pracy. Radio zawsze było na pierwszym miejscu.

Ostatnie zdanie przyszło ci łatwo?

Nie, bo brzmi trochę jak wyrzut, a ja nie chcę mieć do siebie pretensji. Po prostu tak wyglądało moje życie. Jeżeli kocha się swoją pracę, bardzo trudno zachować idealną równowagę. Zawsze coś się poświęca. U mnie często był to czas.

Żałujesz?

Nie lubię tego słowa. Pewnych rzeczy nie da się odzyskać. Czas płynie, dzieci dorastają,  rodzice się starzeją, pojawiają się wnuki. Nagle człowiek widzi, jak szybko wszystko minęło. Wtedy podejmowałam decyzje, które wydawały mi się słuszne. Nie umiałam inaczej.

Dużo zawdzięczasz mężowi.

Bardzo dużo. Andrzej od początku rozumiał, na czym polega ta praca. Że czasem trzeba zostać dłużej, że coś wydarzy się nagle, że radio nie zawsze kończy się o określonej godzinie. Bez jego wsparcia byłoby mi znacznie trudniej. Poza tym znał ludzi radia, bo wyjeżdżaliśmy na różne turnieje piłkarskie. Był filarem naszego zespołu, a ja jego największą kibicką.

A jak u ciebie ze sportem?

Zdecydowanie nie jestem typem sportowca (śmiech). Zawsze żartuję, że kiedy patrzę, jak ktoś męczy się podczas uprawiania sportu, sama zaczynam czuć się zmęczona. Wystarczy, że obserwuję i już mam poczucie, jakbym odbyła trening razem z nim.

Czyli sport to domena męża.

Zdecydowanie. Andrzej jest prawdziwym sportowcem. Piłka nożna była jego wielką pasją. Miał naprawdę duży talent. Zabrakło mu po prostu szczęścia.

W waszym domu od lat ścierają się też dwie piłkarskie tradycje.

To prawda (śmiech). Mój mąż jest wiernym kibicem ŁKS-u, syn natomiast zagorzałym widzewiakiem. Nie pytaj, jak do tego doszło. Sama czasem się nad tym zastanawiam.

Derby odbywają się więc również przy rodzinnym stole?

Od wielu lat, ale zawsze z szacunkiem. Zawsze powtarzaliśmy, że można kibicować różnym drużynom i jednocześnie się lubić. Można się droczyć, żartować – nie trzeba się nienawidzić.

Brzmi to niemal jak życiowa filozofia.

Mam wrażenie, że ludzie coraz częściej zapominają, że można się różnić i jednocześnie szanować. A przecież właśnie na tym polegają relacje. Nie na tym, żeby wszyscy myśleli tak samo.

Jesteś też babcią.

I to jedna z najpiękniejszych ról w moim życiu. Mam dwójkę wnucząt i ogromnie się z nich cieszę. Kiedy były dalej, brakowało mi ich na co dzień. Teraz będą bliżej, więc mam nadzieję, że będziemy częściej się widywać.

Jesteś typem babci, która wszystkim zarządza?

Nie. I nie chciałabym taka być. Uważam, że młodzi ludzie mają prawo żyć po swojemu. Jeżeli rodzice podejmują jakąś decyzję, trzeba ją szanować. Można pomóc, wesprzeć, ale nie należy się wtrącać. Sama kiedyś byłam młodą mamą. Pamiętam, jak to wygląda.

Kiedy słucham tego wszystkiego, mam wrażenie, że radio nauczyło cię nie tylko słuchać ludzi, ale też dawać im przestrzeń.

Może rzeczywiście. Przez lata spotkałam setki osób, a każda miała własną historię, doświadczenia i problemy. Nauczyłam się, że nie wszystko trzeba oceniać. Czasem wystarczy wysłuchać.

Dzisiaj masz więcej czasu dla siebie?

Trochę. Choć nadal nie umiem siedzieć bezczynnie. Lubię czytać, podróżować, szczególnie do Hiszpanii, oglądać dobre skandynawskie seriale kryminalne. Najbardziej jednak lubię obserwować ludzi. To chyba nigdy mi nie minie.

Nadal słuchasz świata?

Cały czas. Myślę, że realizatorem zostaje się na zawsze, nawet jeśli kiedyś przestanę przychodzić do radia.

Iwona Błaszczyk za konsoletą
Iwona Błaszczyk pracuje w Dziale Emisji, ale wciąż zdarza jej się zasiadać za konsoletą, fot. Konrad Ciężki

Kiedy zaczynałaś swoją karierę w Radiu Łódź, świat wyglądał zupełnie inaczej.

Czasem sama nie mogę uwierzyć, jak bardzo wszystko się zmieniło. Zaczynałam jeszcze w czasach, kiedy montowało się na taśmach. Nie było komputerów, Internetu, telefonów komórkowych. Informacje docierały inaczej, ludzie żyli inaczej. Przez te wszystkie lata obserwowałam nie tylko zmiany w radiu, ale też zmiany wokół nas.

Pamiętasz momenty, które szczególnie zapadły ci w pamięć?

Bardzo dobrze pamiętam przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Pamiętam pierwsze częściowo wolne wybory. Tę atmosferę nadziei. Pamiętam też późniejszą transformację. Dla wielu ludzi był to bardzo trudny czas. Zakłady pracy znikały. Fabryki były zamykane. Ludzie tracili zatrudnienie. Jechałam czasem rano do pracy i widziałam puste przystanki, puste ulice, ludzi, którzy nie wiedzieli, co będzie dalej. To były trudne doświadczenia.

Radio było wtedy bezpieczną przystanią?

W pewnym sensie tak. Mieliśmy ogromne szczęście. Wokół wielu ludzi przeżywało zawodowe dramaty, a my mogliśmy nadal wykonywać swoją pracę. Dlatego moje pokolenie inaczej patrzy na stabilizację. Dzisiaj często słyszę, że jeśli ktoś nie lubi swojej pracy, powinien ją zmienić. W tamtych czasach nie zawsze było to takie proste. Człowiek cieszył się z samego faktu, że ma pracę.

Coraz częściej myślisz o emeryturze?

Tak. I przyznam szczerze, że trochę mnie to przeraża.

Naprawdę?

Tak, bo przez blisko 38 lat przychodziłam do tego samego miejsca. Spotykałam tych samych ludzi. Żyłam w określonym rytmie. Radio stało się częścią mojego życia, a może nawet częścią mnie. Trudno wyobrazić sobie moment, w którym nagle tego zabraknie.

Potrafisz wyobrazić sobie życie całkowicie poza radiem?

Chyba nie. Oczywiście żartuję czasem, że będę siedzieć w domu i gotować obiadki mężowi. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą jednak, że długo bym nie wytrzymała. (śmiech). Jeżeli byłaby taka możliwość, chciałabym nadal być blisko radia. Może trochę inaczej, w mniejszym wymiarze, ale jednak blisko.

Jest coś, czego nie udało ci się jeszcze zrobić?

Chciałabym lepiej znać języki. Przez lata próbowałam uczyć się angielskiego. Chodziłam na kursy, jednak przy zmianowym systemie pracy trudno było zachować regularność. To jedna z tych rzeczy, które ciągle odkładam na później.

A marzenia?

Mam jedno duże. Podróż dookoła świata. Gdybym wygrała dużą sumę pieniędzy, zabrałabym wszystkich bliskich ludzi i ruszyła z nimi w świat. Nie po to, żeby zobaczyć kolejne zabytki. Bardziej po to, żeby przeżywać coś razem. Chciałabym również, żeby ludzie byli dla siebie trochę lepsi. Wiem, że brzmi to prosto, ale kiedy patrzę na świat, coraz częściej o tym myślę. Żebyśmy umieli się słuchać, żebyśmy dawali sobie trochę więcej życzliwości.

Iwona Błaszczyk z mężem Andrzejem
Iwona Błaszczyk z mężem Andrzejem w hiszpańskiej Kartagenie, fot. prywatne archiwum

A czego można życzyć tobie?

Większego dystansu. Żebym nie brała wszystkiego tak bardzo do siebie. Chyba rzeczywiście jestem trochę taką radiową Matką Polką (śmiech). Nie chciałabym się jednak bardzo zmieniać. Lubię swoje życie, ludzi, których spotkałam i drogę, którą przeszłam.

A gdybyś miała zostawić po sobie jedno zdanie?

Chciałabym, żeby ludzie pamiętali, że była taka Iwona w Radiu Łódź. To mi naprawdę wystarczy.

Wszystkie wywiady z cyklu „Ludzie radia” dostępne są TUTAJ

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Tagi: 28 lipcaIwona Błaszczykludzie radia
Następny artykuł
Wieczór Samorządowy

Wieczór Samorządowy. Jak będziemy poruszać się po Sieradzu?

Lech Leszczyński

Porozmawiajmy o sporcie. Lech Leszczyński o kondycji polskiej lekkoatletyki [PODCAST]

Radio Łódź

  • Zasięg i częstotliwości
  • Historia Radia Łódź
  • Kalendarium Radia Łódź
  • Polityka prywatności
  • BIP
  • Rada programowa
  • Kampanie społeczne w Radiu Łódź
  • Kontakt

Do pobrania

  • Księga Znaku Radio Łódź
  • LOGO Radio Łódź [PDF]
  • Księga Znaku Radio Łódź Nad Wartą
  • LOGO Radio Łódź Nad Wartą [PDF]

Warto przeczytać

Z sensem piosenki | Dracula i inne musicalowe historie - rozmowa z Jakubem Szydłowskim [PODCAST]

Z sensem piosenki | Dracula i inne musicalowe historie – rozmowa z Jakubem Szydłowskim [PODCAST]

27 września 2026
Final MS U20 kobiet w Lodzi fot Sebastian Szwajkowski 30

Hiszpanki mistrzyniami świata U-20. Wielki finał w Łodzi [ZDJĘCIA]

27 września 2026

BIP

  • BIP Radio Łódź
  • Informacje ogólne o spółce
  • Struktura Radia Łódź
  • Władze spółki
  • Akcjonariusze
  • Organy opiniodawczo – doradcze
  • Udostępnianie informacji
  • Dokumenty
  • Środki publiczne
  • Ogłoszenia publiczne
  • Instrukcja obsługi BIP

© 2012-2024 Radio Łódź

Witaz ponownie!

Sign In with Facebook
Sign In with Google
Sign In with Linked In
OR

Zaloguj się poniżej do swojego konta

Zapomniane hasło?

Przypomnij hasło

Please enter your username or email address to reset your password.

Zaloguj

Dodaj nową listę

Brak wyników
Zobacz wszystkie wyniki
  • Ramówka
    • Poniedziałek
    • Wtorek
    • Środa
    • Czwartek
    • Piątek
    • Sobota
    • Niedziela
  • Audycje i podcasty
  • Konkursy
  • Akademia Młodego Radiowca
  • Patronat
  • Radio Łódź
    • Marketing Radia Łódź
    • Kampanie społeczne w Radiu Łódź
    • BIP
    • Rada programowa
    • Polityka prywatności
    • Kontakt

© 2012-2024 Radio Łódź

Ta strona korzysta z plików cookie. Kontynuując korzystanie z tej witryny, wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Odwiedź naszą Politykę prywatności.
Przejdź do treści
Otwóz pasek narzędzi Dostępność

Dostępność

  • Zwiększ tekstZwiększ tekst
  • Zmniejsz tekstZmniejsz tekst
  • Czarno-białeCzarno-białe
  • Wysoki kontrastWysoki kontrast
  • NegatywNegatyw
  • Lekkie tłoLekkie tło
  • Podkreślone odsyłaczePodkreślone odsyłacze
  • Czytelny tekstCzytelny tekst
  • Reset Reset
spinner
spinner
ładuj więcej