Mariusz Janik: Czym jest dla ciebie radio?
Barbara Pawłowska: Całym życiem zawodowym i w dużej mierze również emocjonalnym. Przez lata pracy stało się zbiorem doświadczeń wynikających ze spotkań z niezwykłymi ludźmi, którzy to radio tworzyli.
W twoim rodzinnym domu słuchało się radia?
Mieliśmy radioodbiornik, przy którym głównie słuchaliśmy „Jedynki”. Pamiętam jednak także audycje, które – jak się później okazało – były produkcją łódzkiej rozgłośni. Na przykład „Wesoły autobus” czy „Zagadki muzyczne”, sztandarowy program Radia Łódź. W pamięci zostało mi także brzmienie orkiestry pod dyrekcją Edwarda Ciukszy. Dla mnie radio było po prostu odbiornikiem i tym, co z niego słychać. Nie miałam zielonego pojęcia, że ta „druga strona” – to, co dzieje się poza głośnikiem – także jest radiem.
Jak trafiłaś do Radia Łódź?
To było dawno, dawno temu (śmiech). Dokładnie 49 lat temu, a konkretniej mówiąc: 4 lutego 1977 roku. Byłam po maturze.
W Technikum Elektronicznym.
Naturalnym było więc, że szukałam pracy związanej z elektroniką. Ktoś powiedział mi, żebym zajrzała do Radia Łódź, więc tak zrobiłam. Przyszłam, porozmawiałam z inżynierami i usłyszałam, że na razie pracy dla mnie nie ma, ale być może za jakiś czas zwolni się miejsce.
W końcu zadzwonili?
Nie – to ja wykonałam telefon. Zostałam zaproszona na kolejną rozmowę. Tym razem zaproponowano mi etat w dziale realizacji dźwięku. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jednego dnia podpisałam umowę, a następnego miałam się stawić o ósmej rano w pracy.
Oferta była zaskoczeniem?
Ogromnym. Już następnego dnia miałam zacząć, a nie wiedziałam nawet, gdzie spędzę najbliższą noc.
Jak to?
Pochodzę z Łyszkowic pod Łowiczem. Do Łodzi przyjechałam wyłącznie w poszukiwaniu zatrudnienia. Zabrałam ze sobą tylko malutką torebeczkę.
Gdzie spędziłaś pierwszą noc w Łodzi?
Waletowałam w akademiku u znajomych studentów. Nie tylko pierwszą noc – to trwało jakiś czas (śmiech). Wtedy jednak nie było mi do śmiechu. Mieszkałam kątem u ludzi. Po jakimś czasie udało mi się wynająć mieszkanie. Proszę jednak pamiętać, że pod koniec lat siedemdziesiątych nie było to takie proste, jak dziś. Dopiero po około pięciu latach otrzymałam swoje bardzo małe mieszkanko.
Ciasne, ale własne.
Dzięki pomocy kolegów z Radia Łódź dostałam zastępcze mieszkanie. To był maleńki pokoik na stryszku.
Można było odetchnąć.
Paradoksalnie pierwszy dzień „na własnych śmieciach” był dla mnie trudny i stresujący. Po latach tułaczki bałam się stąpać pewnie. Miałam poczucie, że mogę komuś przeszkadzać. Długo nie mogłam się oswoić z myślą, że to miejsce jest naprawdę moje.
Wartoprzeczytać
Pomówmy o twoim pierwszym dniu pracy. Gdzie cię skierowano?
Zaczynałam w tzw. pokoju przegrań. Było to pomieszczenie pełne urządzeń: magnetofonów, konsolet, a także dziennikarzy przygotowujących materiały nagrywane wcześniej w terenie. Nagrania wykonywano wtedy na magnetofonach reporterskich – różnych typów, na przykład Nagra czy Uher. Były to magnetofony taśmowe, zapisujące dźwięk na cienkiej magnetycznej taśmie. To była najprostsza praca, od której zaczynali młodzi technicy. Moją opiekunką była pani Tereska Lichota.
Czym się zajmowałaś?
Przegrywaniem nagrań z cienkich taśm reporterskich na profesjonalne, grubsze taśmy studyjne. Odbywało się to przy innej, tzw. profesjonalnej prędkości przesuwu – 38 centymetrów na sekundę. Technik musiał cały czas kontrolować dźwięk. Podczas nagrań jedni mówili głośniej, inni ciszej, dlatego na tym etapie korygowano poziomy, by je wyrównać i przygotować materiał do dalszej obróbki.
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 2 Barbara Pawłowska i taśmy](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/Barbara-Pawlowska-fot.-Konrad-Ciezki-25-02-2026-2-scaled.jpg)
Jak przyjął cię zespół radiowy?
Po kilku miesiącach zaczęto mnie zauważać (śmiech). Któregoś dnia przyszła do mnie Margosia Hoffman – później moja przyjaciółka – i powiedziała: „Proszę pani, jest pani tutaj nowa, zapraszamy na spotkanie”.
Zabrzmiało oficjalnie.
Musiało tak brzmieć. Okazało się, że trafiłam na… rozprawę sądową.
Przydałby ci się obrońca.
Sama się wybroniłam, ale opowiem po kolei. Wszystko działo się na drugim piętrze naszego radia – w pokoju redakcyjnym, gdzie dziś pracują dziennikarze sportowi. Czekało na mnie całe grono radiowych gwiazd: między innymi Józef Wojcieszczyk, Krystyna Tamulewicz, Grażyna Papier, Tadeusz Szewera – łącznie z dziesięć osób. Usłyszałam: „Ponieważ jest pani nowa, urządzamy nad panią sąd. Musimy się o pani wszystkiego dowiedzieć. Tu jest sędzia, tu prokurator, obrońca… – zaczynamy przesłuchanie”.
O co cię pytali?
Skąd jestem, co robię, jak trafiłam do radia. Siedziałam z rumieńcami na twarzy, trochę skrępowana, ale starałam się odpowiadać na wszystkie pytania.
Jaki był wyrok?
Ogłoszono, że przyjmują mnie do grona radiowców, ale kara mnie nie ominęła – symboliczna, lecz jednak. Usłyszałam, że dopóki nie pojawi się ktoś nowszy, będę pełnić funkcję posłańca. Czasem trzeba było kupić bułeczki, innym razem herbatę. Nie wiem, czy wszystkich nowych spotykał taki rytuał, ale ja wspominam to do dziś jako wzruszający moment. Chyba właśnie wtedy naprawdę stałam się radiowcem.
Do tej beczki miodu musimy jednak włożyć łyżeczkę dziegciu. Nie wszyscy byli tak serdeczni.
Gdy pracowałam na stanowisku przegrań dwa, może trzy dni, przyszła do mnie jedna z dziennikarek. Położyła przede mną taśmę i bezceremonialnie – oraz wulgarnie – „poprosiła”, żebym się nią zajęła. Zamarłam. Nie wiedziałam, czy jestem bardziej zaskoczona, zawstydzona czy oburzona. Miałam dwadzieścia lat, pochodziłam z małej miejscowości i byłam zupełnie nieobyta z tym środowiskiem. Ostatecznie zrobiłam swoje, a dziś dołączam tę historię do kolorytu życia radiowego.
Jakie były wasze późniejsze relacje?
Odpowiem dyplomatycznie (śmiech). Nie pracowałyśmy długo, bo wkrótce ta pani odeszła na emeryturę. Muszę jednak przyznać, że była niezwykle zdolną dziennikarką. Wciąż trafiam w archiwum na jej audycje – są naprawdę świetne. A że była oryginałem… cóż, na wielu takich trafiłam podczas swojej przygody z Radiem Łódź. Choć akurat oni byli mi życzliwi.
Możesz podać przykłady?
Przy tej okazji wracają do mnie ludzie z tamtego czasu: Zbigniew Korzeniowski, Józek Wojcieszczyk, Ilona Grzesiak, Włodek Łuszczykiewicz a także grupa literatów. Warto przypomnieć, że wtedy istniała redakcja literacka – pełna poetów i charakterów. Kiedy przesłuchuję archiwalne audycje, znów słyszę ich głosy. Choćby Tadeusza Gicgiera – fraszkopisarza i starego radiowca.
Na swojej drodze spotkałaś także wiele osób, które pracowały w Radiu Łódź jeszcze przed wojną.
To właśnie oni odbudowywali budynek rozgłośni, wysadzony w powietrze podczas II wojny światowej. Nie mogę nie wspomnieć Jadwigi Cedrowskiej – spikerki, która 21 października 1945 roku uroczyście zapowiedziała wznowienie nadawania historycznymi słowami: „Tu mówi Łódź”. To właśnie jej głos zainaugurował program po wojennej przerwie. Z kolei ze mną w technice pracowały m.in. panie Hania „Bubu” Jarocińska, Irena Banaszczyk, panowie: Trojańczyk, Rzepka i Kapiec. Oni także współtworzyli historię naszego radia.
Miałaś swoje autorytety?
Starałam się czerpać od każdego. W pierwszych latach mojej pracy dyrektorem programowym Radia Łódź był pan Arnold Borowik. Co roku dostawałam od niego kartkę z pozdrowieniami – w podpisie zawsze narysowany był grzybek.
Borowik oczywiście.
Ten drobny gest sprawiał, że czułam się zauważona. Pan Arnold był też niezwykle kreatywny: podczas audycji filmowej tworzył jingle, uderzając długopisem w lampę, a powstałe dźwięki służyły jako przerywniki. Wśród autorytetów wspominam też Margosię Hoffman z redakcji muzycznej. Uczyła nas nie tylko fachu, ale i życia kulturalnego, zachęcając do chodzenia do opery, filharmonii i teatrów. Miło wspominam też pana Tadeusza Szewerę – dziennikarza i sekretarza programowego, twórcę wielu archiwalnych audycji. Od każdego, kogo spotkałam w tamtych latach, można było coś wynieść – i faktycznie tak było, zarówno zawodowo, jak i osobiście.
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 3 Barbara Pawłowska w radiowym studiu](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/barbara-pawlowska-2-scaled.jpg)
Kolejnym etapem twojej kariery była praca w studiach nagraniowych R2 i R3.
Ktoś chyba zauważył we mnie potencjał i postanowił mnie przekierować do innych zadań. W studiach nagrań obsługiwałam magnetofony analogowe i uczestniczyłam w realizacji audycji słuchowisk, wywiadów oraz reportaży.
Jak wyglądała twoja praca?
W studiu stały cztery magnetofony ustawione obok siebie – służyły jako źródła, a materiał przegrywało się na piąty, tworząc finalny miks. Obsługiwałam magnetofony, a przy konsolecie siedziała reżyserka dźwięku – w jednym studiu pani Romka Mater, w drugim pani Henia Kłosowa. Pracowałyśmy w stałych duetach; dyżury trwały po dwanaście godzin, co drugi dzień. W takim systemie przepracowałam kilka lat. Zaglądałam też do amplifikatorni, bo właśnie stamtąd odbywała się emisja naszego programu.
Dodajmy, że programu nie na żywo.
Mieliśmy kilka krótkich bloków: rano około piętnastu minut, w okolicach południa również, a po południu godzina – może dwie, dokładnie już nie pamiętam. Wszystko było puszczane z taśm – zarówno muzyka, jak i audycje. W studiu siedzieli spikerzy między innymi Stanisław Bukowski, Biruta Żylis, Jolanta Pawlikowska. To oni zapowiadali audycje, a ja nadzorowałam taśmy i odpowiadałam za emisję programu. Z czasem pojawiły się audycje na żywo.
Miałaś więcej pracy?
Na pewno była bardziej intensywna. Taśmy należało szybko zakładać i zdejmować. Nie było wcześniejszych zgrań, więc potrzebna była niezwykła precyzja. Wszystko działo się błyskawicznie. I tak minęło mi kolejnych kilka lat.
Aż trafiłaś do studia muzycznego.
Około 1980 roku zaproponowano mi pracę w studiu muzycznym R1, czyli dzisiejszym Studiu im. Henryka Debicha. To już był wyższy poziom wtajemniczenia – nie tylko dlatego, że nagrywała tam orkiestra wielkiego mistrza, lecz także dlatego, że był to zupełnie inny rodzaj pracy.
Czym się zajmowałaś?
Pracowałam jako asystentka reżysera dźwięku. Przygotowywałam studio, rozstawiałam mikrofony, rozwijałam kable, ustawiałam głośniki, a następnie obsługiwałam magnetofony w reżyserce: najpierw czterośladowe, później szesnastośladowe, wreszcie dwudziestoczterośladowe – aż nastała era cyfrowa.
Zatrzymajmy się jednak przy współpracy z Orkiestrą Henryka Debicha.
Nie miałam wykształcenia muzycznego, ale zostałam obdarowana przez naturę dobrym słuchem. Nieskromnie powiem, że miałam smykałkę do tej pracy. Ktoś to zauważył i skierował mnie do studia R1. Nawiasem dodam, że byłam dopiero drugą dziewczyną, która tam pracowała.
Wyróżnienie.
I to jakie! Miałam okazję poznać świat muzyków i śpiewaków. Spotykałam prawdziwe gwiazdy – pamiętam Violettę Villas. Kiedy nagrywała z orkiestrą, miała na sobie ogromny kapelusz, a my wszyscy nie mogliśmy oderwać wzroku od jej bujnej czupryny. Chciało mi się podejść i przyjrzeć bliżej, ale nie wypadało (śmiech). Z Orkiestrą Henryka Debicha nagrywali zarówno popularni piosenkarze – Zbigniew Wodecki, Bogusław Mec czy Maryla Rodowicz – jak i artyści operowi, choćby Bernard Ładysz.
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 4 Barbara Pawłowska w Radiu Łódź](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/barbara-pawlowska-4-scaled.jpg)
Praca w studiu nagrań była jak wejście do innego świata.
Przewijały się przez nie tłumy artystów – nie tylko muzycy i piosenkarze, ale też ludzie filmu. Spotykałam aktorów Teatru Jaracza oraz reżyserów, między innymi Krzysztofa Krauzego czy Janusza Majewskiego, który realizował tam nagrania do filmu „C.K. Dezerterzy”. Wytwórnia Filmów Fabularnych była wielką machiną, ale nie miała studia muzycznego, dlatego wszystko nagrywano przy Narutowicza.
Stykałaś się z niezwykle barwnymi postaciami.
Pamiętam nagrania pierwszej płyty Myslovitz. Pracowaliśmy nad nią przez miesiąc – dzień z nocą czasem się mieszał. Było w tym coś magicznego: człowiek czuł rytm studia, napięcie w powietrzu i energię młodych muzyków. Perkusista o ksywce Lala rzucał podczas nagrań najbardziej szalone teksty. Z kolei Lech Janerka potrafił obudzić we mnie młodzieńczy bunt (śmiech).
Czym cię sprowokował?
Dyskutowaliśmy o jego podejściu do tworzenia muzyki „pod wpływem” różnych używek. Pytałam sceptycznie: „Co może powstać w takim narkotycznym umyśle?” Odpowiadał, że wtedy otwierają się pokłady, do których normalnie nie ma dostępu. Do końca się z tym nie zgadzałam, ale te rozmowy pokazywały, jak różne są ścieżki twórczości.
Mieliście jednak wspólne zainteresowania. I nie chodzi mi o muzykę.
Wiem, do czego zmierzasz (śmiech). Wszyscy paliliśmy papierosy – było tak gęsto od dymu, że w tym smogu można by siekierę powiesić. Lech Janerka jednak kwestionował moje palenie. Mówił: „Ile ty palisz? O zawodowstwie porozmawiamy, jak zaczniesz spalać dwie paczki dziennie”. Takie komentarze świetnie pokazywały jego charakter i poczucie humoru.
Kogo jeszcze wspominasz z sympatią?
Ewa Bem nagrywała swoją płytę „Dziennik mej podróży”, a po sesjach zapraszała nas na herbatę lub nawet drinka w naszym radiowym pokoju gościnnym. Mam nawet jej płytę z dedykacją. To były chwile, które pozwalały złapać oddech i nawiązać bliższe relacje z artystami. W Radiu Łódź realizowaliśmy także cały cykl koncertów „Bez prądu”. Grały u nas między innymi Republika, Kora, Dżem, Skywalker, Edyta Bartosiewicz, Kayah.
Kultowa seria radiowo-telewizyjna.
Jednym z pomysłodawców był Maciek Pilarczyk, który niedawno nawet wspominał, że na początku – gdy koncepcja koncertów w Radiu Łódź dopiero się rodziła – zespoły trzeba było delikatnie namawiać do udziału. Koncerty były transmitowane w TVP2 i na naszej antenie. Muzycy podchodzili do tego nieśmiało, ale wkrótce wszyscy chcieli brać udział w tym przedsięwzięciu. Ten kolorowy świat, pełen barw, dźwięków i żywych postaci, pozostaje we mnie do dziś.
Co było największym wyzwaniem w tej pracy?
Najtrudniejsze było nauczenie się struktury muzyki, taktu i montażu taśm, aby nie zniszczyć nagrań i zachować ich spójność. Ta praca nauczyła mnie jednak nie tylko techniki, ale też wrażliwości na dźwięk. Do dziś, gdy słucham muzyki, korzystam z tej wiedzy.
Jak wspominasz Henryka Debicha?
Na początku wydawał mi się trochę dziwny, ale dopiero po latach pomyślałam, że to naprawdę fascynujący człowiek – niezwykła osobowość. Te wszystkie drobne „dziwności”, które wtedy mnie zaskakiwały, w istocie były częścią jego charakteru. Przy tej okazji poznałam też pana Andrzeja Rokickiego, pierwszą trąbkę w orkiestrze – niezwykłego człowieka, pełnego kultury i wrażliwości. Wszyscy artyści, których tam spotykałam, mieli w sobie coś do zaoferowania, i zawsze starałam się z tego „coś” uszczknąć dla siebie.
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 5 Barbara Pawłowska przed Studiem im. Henryka Debicha w Radiu Łódź, fot. Konrad Ciężki](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/Barbara-Pawlowska-fot.-Konrad-Ciezki-25-02-2026-10-scaled.jpg)
Wasze relacje były czysto zawodowe?
Henryk Debich był człowiekiem kulturalnym i otwartym, ale pozostaliśmy w relacji „pan” i „pani”. Pamiętam jednak, że podczas jubileuszu orkiestry, w filmiku, w którym się pojawiam, zwrócił się do mnie ciepłym słowem, zauważając moją obecność. Myślę, że inni też to dostrzegali – kobieta pracująca w takim „męskim” świecie, która radzi sobie sprawnie, robiła wrażenie.
Henryk Debich poza muzyką miał jeszcze jedną pasję.
Kolekcjonował zegary. Nigdy nie byłam u maestro w domu – mieszkał naprzeciwko rozgłośni – ale słyszałam, że miał ich wiele. Kilka razy rozmawialiśmy o tej kolekcji. Nawet w audycjach wspomnieniowych, które zachowały się w archiwum, opowiadał o swojej pasji.
Jak jednym słowem określiłabyś Henryka Debicha?
Artysta. We wszystkim – w zachowaniu, sposobie bycia, elegancji i myśleniu o muzyce.
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 6 Barbara Pawłowska w Studiu im. Henryka Debicha](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/iatka-8.jpg)
W studiu R1 byłaś również asystentką Michała Targowskiego.
Pracowaliśmy ramię w ramię przez wiele lat. Michał był wybitnym reżyserem dźwięku, obdarzonym wyjątkowym słuchem muzycznym i ogromnym profesjonalizmem. Był artystą i osobowością radiową. Miał przygotowanie muzyczne, wspaniały słuch oraz doświadczenie w pracy studyjnej i plenerowej. Pamiętam choćby koncerty organowe w klasztorze w Łagiewnikach.
Jakie cechy charakteru Michała Targowskiego zapadły ci w pamięć?
Był dowcipny, elegancki, i niezwykle kulturalny. Zawsze był nienagannie ubrany, a jego drobna słabość do szczegółów, np. chwalił się marką nowego szalika, dodawała mu tylko uroku.
Lekka artystyczna próżność.
Nieraz przychodziłam do Michała i mówiłam: „Wiesz co, chciałam ci coś powiedzieć, ale wyleciało mi z głowy”. A on odpowiadał: „Widocznie nic mądrego do powiedzenia nie miałaś”. Do dziś zdarza mi się powtarzać to w relacjach z innymi (śmiech). Po tylu latach pracy nadal często o nim myślę – tak samo jak o Henryku Debichu. Choć już ich nie ma, w mojej pamięci wciąż żyją, czasem nawet pojawiają się w snach. Te lata w radiu, pozostają w „materii” mojego wspomnienia.
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 7 Barbara Pawłowska i Michał Targowski](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/5203a66d-b16e-4948-9e7d-3f2931a6219c-e1772203974746.jpg)
Myślałaś kiedyś, co gdyby nie radio?
Trudno mi to sobie wyobrazić. Radio wypełniło całe moje życie zawodowe.
Skąd zatem pomysł studiów w łódzkiej Szkole Filmowej?
W 1998 roku usłyszałam, że Szkoła Filmowa prowadzi nabór na Wydział Organizacji Produkcji. Miałam czterdzieści dwa lata, ale pomyślałam: „Dlaczego by nie spróbować?” To były studia zaoczne. Poszłam na egzamin wstępny – i zostałam przyjęta.
Jak wspominasz studencki czas?
Pierwsze zajęcia były szokiem: cały dzień wykładów, nadmiar informacji, nie umiałam nawet robić notatek. Wychodząc po nich, myślałam: „Boże, co ja sobie zrobiłam? Przecież nie dam rady”. Ale to okazało się fantastyczne. Czteroletnie studia były niezwykle rozwijające. Nigdy nie opuściłam żadnych zajęć, podczas gdy moi młodsi koledzy czasem wagarowali. Dla mnie każdy wykład był okazją do nauki – potwierdzałam własne doświadczenia zawodowe albo odkrywałam coś zupełnie nowego. To był czas intensywnego rozwoju, prawdziwej radości z nauki, a także… imprezowania. Mimo mojego dojrzałego wieku bawiliśmy się wspólnie.
Mając dyplom w kieszeni, nie myślałaś, żeby się przekwalifikować i zająć produkcją?
W tym miejscu możemy przejść do mojego kolejnego etapu radiowego „życia”. Kiedy pracowałam w R1, orkiestry już nie było, a Michał przeszedł na emeryturę. Pomyślałam wtedy: ile można jeszcze ustawiać kable i mikrofony po czterdziestce? Czas na coś nowego.
Kolejne wyzwanie.
Wcześniej obserwowałam, jak Ola Goetzen w naszym studiu muzycznym produkowała reklamy – zajawki, sygnały, nagrania na wielośladzie. Zobaczyłam, że reklama to połączenie precyzji, muzyki i języka. Postanowiłam spróbować sama. Napisałam plan, zgłosiłam się do dyrekcji i dostałam zielone światło.
Jak wyglądały początki?
Pierwszy tekst reklamowy sprawiał, że nie mogłam spać po nocach. Prosiłam kolegów o rady, uczyłam się krok po kroku. Ale muzyczne doświadczenie z poprzednich lat dało mi solidną bazę. Z czasem coraz pewniej tworzyłam reklamy i rozwijałam się w tym nowym obszarze, łącząc doświadczenie radiowe z kreatywną produkcją.
Wcześniej pracowałaś pod presją, ale chyba w przypadku reklamy ona jeszcze się zwiększała?
Najtrudniejsze było to, że kiedy wymyśliłam trzy, według mnie ciekawe, scenariusze, klient chciał jeszcze coś innego. Lub w nagranej już reklamie o czymś zapomniał i trzeba było zaczynać od początku. Przy tym samym małym budżecie. Czasem jeździłam do klienta, żeby poznać produkt – odśnieżarki na lotnisku czy rury w ziemi – i musiałam wymyślić historię z niczego. To była ogromna presja, ale też bardzo rozwijające doświadczenie.
Byłaś sobie sterem, żaglem i okrętem.
Nie od razu. Kiedyś marzyłam, prowadząc swojego pierwszego Wartburga, o momencie, gdy samochód posłucha tylko mnie. W przypadku reklamy marzyłam o dniu, kiedy poczuję pełną kontrolę. Ten moment w końcu nadszedł.
Poczułaś satysfakcję.
Na pewno nie finansową (śmiech). Oczywiście byłam z siebie zadowolona, ale ta praca bardzo mnie obciążała psychicznie. Działałam w ciągłym stresie. Sama się dziwię, że wytrzymałam prawie dziesięć lat.
Za swoją pracę otrzymywałaś nagrody m.in. na festiwalu w Kazimierzu.
Stoją u mnie w pokoju i cieszą oko. Są dowodem na to, że moje pomysły zostały zauważone i docenione. W pracy jest tak, że na sto projektów jedna prawdziwa perełka robi różnicę. Dla mnie nagrody to przede wszystkim potwierdzenie, że to, co robię, idzie w dobrym kierunku, że przyciąga uwagę i zainteresowanie. To daje poczucie sensu i motywuje do dalszej pracy.
A miewałaś momenty zwątpienia w trakcie pracy w radiu?
Oczywiście. Jak w każdej wieloletniej pracy zdarzały się trudne sytuacje, napięcia personalne i momenty zmęczenia, które skłaniały do myślenia o zmianach. Nie chcę jednak o nich mówić.
Porozmawiajmy zatem o przyszłości.
W tym roku Radio Łódź obchodzi 95-lecie i chciałabym aktywnie włączyć się w organizację związanych z tym wydarzeń. Co będzie za kilka lat? Trudno powiedzieć. Jestem szczęśliwą emerytką – szczęśliwą, bo wciąż mogę pojawiać się w radiu, które jest moim domem.
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 8 Barbara Pawłowska](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/Sebastian-Glapinski-scaled.jpg)
„Pięć lat do setki” – tak brzmi hasło tegorocznych obchodów. Może udział w setnym jubileuszu stałby się celem?
W moim wieku nie planuje się na wiele lat do przodu. Pięć lat to dużo i jednocześnie niewiele. W rodzinie miałam ciotkę, która przeżyła sto lat, więc kto wie – może i mnie jest to pisane. Życie bywa jednak nieprzewidywalne. Widzę to, słysząc o odejściu kolejnych osób, z którymi pracowałam. Obecnie skupiam się na pracy w archiwum, oprowadzaniu wycieczek i czerpaniu radości z tego, co mogę robić tu i teraz.
Dlaczego zdecydowałaś się na pracę w „archeo”?
Moment cyfryzacji zbiorów radiowych okazał się dla mnie szansą na odnalezienie nowej roli, adekwatnej do doświadczenia i etapu życia.
Co cię najbardziej urzeka w nowej roli?
Poczucie odkrywania skarbów. Praca w archiwum przypomina archeologię – każda taśma może kryć niezwykłą historię.
Co ciekawego udało ci się „wykopać”?
Ogromne wrażenie zrobiły na mnie reportaże z lat sześćdziesiątych dotyczące planów budowy kopalni Bełchatów. To były audycje o przyszłości: jak będą wyglądały dojazdy, miasto, co stanie się z rzekami, jak zagospodarować ludzi, jak zorganizować szkoły. Jedna z nich nosiła tytuł: „A co my zrobimy z tą ziemią, którą wykopiemy?” Wtedy doznałam olśnienia. Przecież tydzień wcześniej byłam na nartach i zjeżdżałam po tej samej ziemi. Ten moment połączenia przeszłości z teraźniejszością był niezwykle wzruszający.
Jakie znaczenie ma dla ciebie dokumentowanie dawnych audycji?
Traktuję to jako zobowiązanie wobec ludzi, którzy tworzyli radio od jego początków. Chciałabym, by ich praca i duch radia nie zostały zapomniane – zwłaszcza, że te audycje sprzed lat są na niesamowitym poziomie, zarówno technicznym, jak i dziennikarskim.
Praca w Radiu Łódź zajmuje całe twoje życie zawodowe, ale nie ograniczałaś się wyłącznie do radia. Mówiliśmy już o studiach, czas wspomnieć o pracy dydaktycznej.
Pytałeś o chwile zwątpienia – ten temat jest z nimi powiązany. To było kilka lat temu. Nie bardzo wiedziałam, co zrobić. Rozmawiałam z Jackiem Grudniem, który poradził mi, że w życiu najważniejsza jest dywersyfikacja działań. Mówiąc wprost: nie można być tylko w jednym miejscu, trzeba mieć plan B. Akurat w pobliżu radia w jednej ze szkół otwierał się Wydział Realizacji Dźwięku. Poszłam tam, porozmawiałam z dyrektorem i zostałam nauczycielką. To była szkoła zaoczna, więc nie nudziłam się w weekendy (śmiech).
Kolejne doświadczenie. Zupełnie nowe.
To był sprawdzian własnych możliwości i okazja do kontaktu z młodymi ludźmi, ich energią i innym spojrzeniem na świat. Na początku było trudno: dzienniki, formalności, cały ten system. Do tego zajęcia wyglądały inaczej, niż się spodziewałam – nie godzina z jedną grupą, tylko od razu cztery, pięć, jedna długa sesja. Trzeba było to dobrze zaplanować, utrzymać uwagę, zaproponować coś ciekawego i sprawić, żeby naprawdę coś z tego wynieśli. Dużo nad tym pracowałam, robiłam szczegółowe plany. Miałam nietypowe pomysły.
Na przykład?
Zamiast siedzieć i mówić, chodziliśmy do Filharmonii: na zwiedzanie, koncerty, obserwowanie pracy orkiestry i dyrygenta. Pokazywałam im partytury, puszczałam dźwięk i sprawdzaliśmy, czy potrafią usłyszeć to, co widzą w zapisie. Bywaliśmy też w Akademii Muzycznej, Szkole Filmowe i w studiach nagrań — umawiałam ich z realizatorami, żeby zobaczyli sprzęt i różne miejsca pracy. Wielu moich uczniów myślało tylko o nagrywaniu zespołu w garażu, a dźwięk to przecież także teatr, radio czy studio. Mieliśmy zajęcia w rozgłośni, pracowaliśmy przy mikrofonach, pokazywałam im profesjonalny sprzęt.
Czego nauczyłaś się od młodszego pokolenia?
Przede wszystkim – energii i zupełnie innego podejścia do życia. Jeśli udało mi się ich wciągnąć w to, co proponowałam, i naprawdę w to wchodzili, była to czysta satysfakcja. Kluczowe było jedno: to działało w dwie strony. „Przyjdźcie do naszego studia?” – jasne, idziemy. Bez hierarchii, bez podziału na nauczyciela i ucznia. Nigdy nie byłam sztywną nauczycielką. Wracałam do własnych studiów, do ludzi, którzy mnie kiedyś porwali. Przypomniała mi się Maria Kornatowska – krytyczka filmowa. W telewizji: chaos. Na zajęciach: objawienie. Zero ławek, analiza, rozmowa, „idziemy do parku”. I dokładnie to chciałam im dać: ciekawość, ruch, doświadczenie – nie wykład.
Dlaczego porzuciłaś nauczanie?
Po jakimś czasie czułam się wypalona. Potrzebowałam chwili oddechu, a tu wszystkie weekendy zajęte i tempo wciąż to samo. Poczułam, że trzeba zamknąć ten rozdział.
Mówiliśmy już, że pracujesz w archiwum, ale i oprowadzasz wycieczki po radiu. Wciąż masz kontakt z młodszym pokoleniem.
Czasami nawet bardzo młodym (śmiech). „Kustosz Basia” – to właśnie ja. Traktuję to, jak małe przedstawienie: trzeba złapać uwagę, zbudować emocje i sprawić, żeby coś zostało w głowie. Mam swoje metody na porządek – czasem żart, czasem „przysięga”, szczególnie przy dzieciach. Zależy mi, żeby ludzie wychodzili z poczuciem, że zobaczyli coś wyjątkowego. Że radio to nie jest abstrakcja, tylko realna droga. Chcę im pokazać, że wszystko jest możliwe. Sama pochodzę z małej miejscowości, a moje życie zawodowe potoczyło się w radiu bardzo intensywnie. Dlatego zawsze mówię młodym: bądźcie odważni. Wierzcie w siebie.
Skąd w ogóle wziął się pomysł na radiowe wycieczki?
W pewnym momencie ludzie zaczęli chcieć zobaczyć pracę mediów „od kuchni” – zrobiła się na to moda. Ktoś się musiał tym zająć, ostatecznie padło na mnie. Może z powodu mojego stażu radiowego?
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 9 Barbara Pawłowska i wycieczki po Radiu Łódź](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/cover.jpg)
Twoja przygoda z rozgłośnią ma różne oblicza. Radio także zmieniło się na przestrzeni lat.
Zmieniły się narzędzia, tempo pracy, relacje międzyludzkie, ale idea radia pozostała ta sama. Dawniej radio było wspólnotą, dziś bardziej instytucją. Kiedyś, po urlopie, nie mogłam spać całą noc, z niecierpliwością czekałam, by znów znaleźć się w radiu. Teraz uśmiecham się na wspomnienie tamtego uczucia. Ekscytacja zmienia się z czasem – doświadczenie uczy, że nie zawsze będzie tak samo. Żeby sprawdzić, jak radio odbiera młodsze pokolenie, zapytałam koleżankę, która pracuje tu od kilku lat: „Czy radio cię ekscytuje?” Odpowiedziała spokojnie: „Nie odczuwam tego napięcia, tej radości, którą ty miałaś”. Może to efekt zmian w radiu, a może w świecie wokół niego. Radio pozostało tym samym miejscem, ale emocje z dawnych lat są już inne.
Rozumiem, że tęsknisz za dawną atmosferą radia?
Kiedyś życie radiowe zaczynało się w bufecie – w miejscu, gdzie obecnie pracuje Dział Promocji przy portierni. Spotykaliśmy się rano: były oceny audycji, burze mózgów, czasem kłótnie. Stamtąd każdy szedł w swoją stronę, ale obowiązywała naczelna zasada: najważniejszy jest program. Nie liczyły się konflikty ani nieobecności – jeśli kolega zaspał, brałeś jego audycję. Program był święty, każdy mógł zastąpić każdego. Wydaje mi się, że już tak nie jest. Może to niesprawiedliwa ocena. Takie prawo emerytki (śmiech).
Może to też kwestia tempa życia?
Niewątpliwie kiedyś mieliśmy więcej czasu. Pamiętam noc, kiedy Marek Niedźwiecki miał prowadzić program nocny w Pierwszym Programie Polskiego Radia. Dwie pierwsze godziny były na żywo z Łodzi, dwie kolejne puszczano z taśmy. Pół radia przyszło w nocy, żeby go wspierać. Każdy coś przyniósł i towarzyszył temu wydarzeniu. To była prawdziwa atmosfera starego radia – wspólnota, pasja, energia.
Spotykaliście się nie tylko w pracy.
Były wyjazdy, imieniny, śluby. Wszyscy się znali, pomagali sobie i spędzali czas także poza radiem. To naprawdę była wspólnota. Niedawno, robiąc porządki w domu, znalazłam kartkę sprzed lat – imieniny, wierszyki, podpisy czterdziestu osób. Wszyscy składali się na prezent. Było po prostu… rodzinnie.
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 10 Barbara Pawłowska o rodzinie Radia Łódź](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/barbara-pawlowska-7-scaled.jpg)
Legendą obrosły radiowe wyjazdy integracyjne.
Krajowe i zagraniczne. Wiedeń – moja pierwsza podróż na Zachód. Ogniska, śpiewy w autokarze. Piękne czasy.
No i sławetne Mikołajki. Coroczne regaty.
To była fantastyczna możliwość spotkania się z ludźmi mediów z całej Polski, ekscytujące przeżycie żeglarskie i okazja do integracji. Jest jednak takie powiedzenie: „Co się wydarzyło w Las Vegas, zostaje w Las Vegas”. Niech dokładnie tak samo będzie w przypadku Mikołajek (śmiech). Opowiem inną historię. Zabawa się rozkręciła, ale trzeba było wracać. Jeden samochód, piętnaście osób. Ktoś rzucił: „Chodźcie wszyscy do mnie”. I pojechaliśmy. Jednym autem. Z Andrzejem Papajakiem jechaliśmy w… bagażniku. Na skrzyżowaniach otwieraliśmy klapę, żeby wiedzieć, gdzie jesteśmy.
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 11 Barbara Pawłowska i spotkania integracyjne](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/e763fdda-55c0-4bc3-87ee-5a24fbcbbba2-1.jpg)
Skoro jesteśmy przy legendarnych historiach – może opowiesz o tej z ośmiorniczkami?
To były jakieś imieniny. Przywiozłam z wakacji w Grecji owoce morza. Następnego dnia po imprezie zaglądam do lodówki – a ośmiorniczek nie ma. Po prostu zniknęły. Opowiedziałam historię moim siostrzenicom i anegdota wróciła do mnie nową wersją. Powiedziały: „U ciotki takie były zabawy, że nawet urządzano wyścigi ośmiorniczek na schodach” (śmiech). I tak zwykłe spotkanie towarzyskie przeszło do historii. Radiowej.
Wiem już, że jesteś osobą towarzyską. Wiem też, że lubisz aktywność fizyczną.
Żeglowanie i narciarstwo… Żeglowaniem zaraził mnie Paweł Niedomagała, kolega z radia. Od tamtej pory prawie co roku Mazury, czasem Grecja, Chorwacja. Narty? Pierwszy raz z Moniką Czerską i jej malutkim synkiem, jakieś dwadzieścia lat temu. Nigdy nie nauczyłam się dobrze jeździć, ale od czasu do czasu próbuję na górce. Wspominany w naszej rozmowie Michał Targowski mówił kiedyś: „Byłem najlepszy na górce”. No to ja też jestem najlepsza na górce! Gorzej na dole, ale… kto by tam liczył (śmiech). Poza tym jeżdżę na rowerze, pływam kajakiem. Ostatnio na biegówkach przemierzałam Arturówek. Staram się być aktywna, jeśli pozwalają mi na to siły i czas.
Jakie znaczenie mają dla ciebie podróże?
Każda wyprawa zostawia we mnie kolory, zapachy i emocje. Lubię zapamiętywać miejsca poprzez barwy i atmosferę.
Który z wyjazdów był szczególny?
W dzieciństwie marzyłam o Meksyku, po przeczytaniu książki o powstańcach wywiezionych tam przez Austriaków po Powstaniu Styczniowym. Pewnego dnia pojawiła się okazja – zwolniło się miejsce na wyjazd, ale decyzję musiałam podjąć w ciągu dwóch godzin. Pojechałam. Byłam w stolicy Meksyku i w Acapulco. Kolory? Intensywne, wulkaniczny brąz, czerwienie, żółcie. Wszystko to przywożę w drobnych pamiątkach i wspomnieniach. Podobnie było z Indonezją i Borneo.
Jakie kolory zapamiętałaś z tej wyprawy?
Zielenie – tak gęste, że wydawało się, iż droga pod stopami jest całkiem zanurzona w dżungli. Płynęliśmy szeroką rzeką i poczułam, jak bardzo blisko natury można być: tak jak na kajaku po polskich rzekach, tylko że tu tropikalne małpy, orangutany, cały las dźwięków i zapachów.
Masz listę miejsc, które chciałabyś odwiedzić?
Australia, Ameryka Południowa – nigdy nie byłam w Stanach Zjednoczonych. Cieszę się jednak swoimi małymi przyjemnościami. Nie jestem świetną żeglarką, ale uwielbiam być na jachcie – porty, kafejki, noclegi, skoki z burty do morza. W zeszłym roku w Chorwacji wyskakiwaliśmy wprost w środek błękitu i pływaliśmy w cudownych warunkach.
To prawda, że rzucenie palenia pomogło ci pojechać na wakacje?
Miałam słoik, do którego odkładałam pieniądze, zamiast palić. Moja przygoda z papierosami zaczęła się oczywiście w radiu – koleżanki wysyłały mnie po paczki, stałam w kolejkach godzinami, aż w końcu pomyślałam: „Muszę zapalić”. I niestety się wciągnęłam. Później postanowiłam rzucić. Miałam kilka podejść. W końcu wymyśliłam własny regulamin: dziesięć punktów na kryzys – pić wodę, zająć się czymś innym, odkładać pieniądze za każdą paczkę, której nie kupiłam. Przez rok zbierałam. Aż zebrała się suma na dwa tygodnie w Turcji. Piękna przygoda i żadnego papierosa. Minęło już prawie dwadzieścia lat.
Co jeszcze lubisz robić w wolnym czasie?
Cenię sobie spotkania towarzyskie, rodzinne – oczywiście. Ostatnio intensyfikuję też wyjścia kulturalne: teatr, filharmonia. Byłam niedawno na trzech transmisjach z Metropolitan Opera – artyści z najwyższej półki, świetny dźwięk i obraz. To naprawdę daje frajdę.
Jakiej muzyki słuchasz?
Od Stinga przez Lionela Richiego po Genesis – byłam na legendarnym koncercie na Stadionie Śląskim w deszczu, kiedy Phil Collins wyszedł na scenę i powiedział: „Fuck deszcz!” (śmiech). Uwielbiam też muzykę klasyczną, jazz, fado, poezję żeglarską i polskie piosenki – Grażynę Łobaszewską, Annę Marię Jopek. Poza muzyką słucham, zwłaszcza w kuchni, podcastów politycznych i historycznych – nie dla plotek, tylko żeby lepiej rozumieć świat.
Lubisz gotować?
Gotuję, bo trzeba jeść, ale czasem sprawia mi to dużą przyjemność. Moim sztandarowym numerem jest tort makowy. Teraz wracam raczej do prostszych, sprawdzonych rzeczy. Lubię próbować nowości, ale największą radość mam z tego, że coś przygotuję i mogę się tym podzielić.
Masz jeszcze jakieś marzenia?
Najważniejsze to zdrowie. Nie chcę myśleć w kategoriach schyłku – robię małe kroki: trochę ruchu, gimnastyka, czasem narty, codzienne sprawy, nawet malowanie mieszkania sprawia mi radość. Chciałabym, żeby ten najbliższy czas był sensowny, uważny i po prostu… dobry.
Czego mogę ci życzyć?
Żeby znaleźć sens tego czasu.
Wszystkie wywiady z cyklu „Ludzie radia” dostępne są TUTAJ
BIP
![Barbara Pawłowska zna każdy zakątek Radia Łódź. „Kiedyś życie w rozgłośni zaczynało się w... bufecie” [ROZMOWA] 1 Barbara Pawłowska w Studiu im. Henryka Debicha](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/Barbara-Pawlowska-fot.-Konrad-Ciezki-25-02-2026-7-scaled-1140x815.jpg)
![Paweł Kwiatkowski przez 10 lat szedł… do Radia Łódź. „Marzenia naprawdę się spełniają” [ROZMOWA] 12 Paweł Kwiatkowski w Piotrkowie Trybunalskim](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/09/Pawel-Kwiatkowski-fot.-Konrad-Ciezki-8457-120x86.jpg)
![Jakub Wielgus całe życie w Radiu Łódź. „Bez ludzi byłoby tylko budynkiem pełnym sprzętu” [ROZMOWA] 13 Jakub Wielgus w archiwum Radia Łódź](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/08/Kuba-Wielgus-fot.-Konrad-Ciezki-9-120x86.jpg)
![Iwona Błaszczyk od 38 lat po drugiej stronie radia. „To więcej niż miejsce pracy” [ROZMOWA] 14 Iwona Błaszczyk przy stole realizatorskim](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/07/H2A7575-kopia-120x86.jpg)
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 15 Piotr Stańczyk](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/H2A0176-120x86.jpg)

![Wyjątkowe spotkanie w Muzeum Dzieci Polskich. Gościem był Bohdan Kończak, ocalały z obozu dla dzieci [ZDJĘCIA] 17 Spotkanie z Bohdanem Konczakiem w Muzeum Dzieci Polskich fot Sebastian Szwajkowski 21](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/02/Spotkanie-z-Bohdanem-Konczakiem-w-Muzeum-Dzieci-Polskich-fot-Sebastian-Szwajkowski_21-75x75.jpg)



Komentowane 1
Wspaniały wywiad! Dziękuję Ci, Basiu, za przywołanie nazwisk wspaniałych ludzi, którzy odcisnęli swój ślad w historii Radia Łódź. Jesteś jednym z Nich.