Mariusz Janik: Czym jest dla ciebie radio?
Piotr Stańczyk: Światem, który noszę w sobie. Kiedy wychodzę z domu, mówię: „Idę do radia”. Nie: „Idę do pracy”. Wracam też „z radia”. Ta magia jest w głowie i w sercu. Nawet po wyjściu ze studia myślę o tym, co zrobię jutro, co pojutrze, jak wyszła ostatnia audycja. Staram się zachować wobec siebie krytycyzm.
Jesteś perfekcjonistą?
Lubię być tak precyzyjny, jak tylko mogę. Oczywiście nie wszystko da się zaplanować – wiele zależy od chwili, współpracy z innymi, samopoczucia, dyspozycji dnia. Trochę jak u sportowców (śmiech). Bolą mnie rzeczy, które nie wychodzą. Cieszą te, w których udaje się osiągnąć efekt. Choć i wtedy zostaje myśl, że mogło być lepiej. Zawsze to analizuję. Nie jestem do końca zadowolony, ale to dobrze. Ktoś mądry kiedyś powiedział: „Jeśli człowiek uzna, że zrobił coś idealnie, to znaczy, że czas zmienić pracę”.
Jak zaczęło się twoje radiowe uczucie?
Bardzo wcześnie. Od piosenki, muzyki słuchanej w dzieciństwie. Dopiero później odkryłem zaczarowaną skrzyneczkę, z której coś słychać i ktoś do nas mówi. Jako mały chłopiec bawiłem się w domu w radio. Prowadziłem domowe audycje, znałem każdą kasetę na pamięć, wiedziałem, co po czym puszczę.
Pamiętasz pierwszy utwór, który sprawił, że połknąłeś muzycznego bakcyla?
Miałem szczęście dorastać w czasie rozkwitu polskiej muzyki rozrywkowej. Do końca życia będę pamiętał Andrzeja Dąbrowskiego i „Do zakochania jeden krok”, Marylę Rodowicz i jej pierwszą płytę „Maryla i jej gitarzyści”, a także Krzysztofa Krawczyka. Kiedyś opowiedziałem Krzysztofowi, że doskonale zapamiętałem chwilę, gdy po raz pierwszy usłyszałem jego głos i piosenkę „Pamiętam ciebie z tamtych lat” – z zapowiedzią spikera Programu Pierwszego Polskiego Radia. Bardzo się wzruszył. Z tą piosenką zostałem na całe życie. W ogóle z tym muzycznym światem, którego zaznałem jako chłopiec w latach siedemdziesiątych.
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 2 Piotr Stańczyk z Krzysztofem Krawczykiem](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/517353781_24948386054751977_2472369855830466070_n.jpg)
Wspomniałeś polskie przeboje, więc musimy porozmawiać o festiwalu opolskim. Pierwsze wspomnienie?
Końcówka lat siedemdziesiątych. Czarno-biały telewizor i mały ekran. Najpierw Opole 1977 i Jerzy Stuhr przekonujący, że „Śpiewać każdy może”. A także zawiedziona publiczność po werdykcie jury, gdy Janusz Laskowski z „Kolorowymi jarmarkami” nie wygrał festiwalu. Rok później pamiętam Krystynę Prońko i jej piosenkę „Modlitwa o miłość prawdziwą”. Później spotykałem się z panią Krystyną zawodowo, ale tamten obraz został ze mną na zawsze.
„Kiedy patrzę hen za siebie, w tamte lata, co minęły…”. Trochę jak u Janusza Laskowskiego.
Notabene dwa miesiące później Maryla Rodowicz pojechała do Sopotu z tą samą piosenką i tam została doceniona. To wszystko we mnie zostało, ale nie jest mi tego żal (śmiech).
Tym bardziej że po latach, już jako dziennikarz, pojechałeś do Opola i poczułeś festiwal na własnej skórze.
To było niesamowite. Byłem wysłannikiem Radia Łódź. Usiadłem na widowni, orkiestra zagrała słynny sygnał, a ja zobaczyłem amfiteatr i Wieżę Piastowską. Oczy mi się zaszkliły, świat z małego telewizorka nagle się zmaterializował.
I był kolorowy.
Miałem poczucie absolutnej magii. Nie tylko patrząc na scenę, ale również będąc na zapleczu. Wiedziałem, że tam przez lata chodzili najwięksi artyści polskiej piosenki.
Masz swój ulubiony opolski przebój?
Nie chciałbym wymieniać jednego, bo byłbym niesprawiedliwy. Opole przyniosło mnóstwo przebojów. Były czasy, kiedy jedna edycja dawała kilka piosenek zapamiętywanych na lata.
Inaczej niż dziś.
Opole nie ma już tej samej kulturotwórczej siły. Nie tylko Opole, festiwale w ogóle trochę się zdezaktualizowały. Premiery rzadziej przynoszą piosenki, które zostają w głowie i które ludzie później śpiewają.
Wartoprzeczytać
Opole to festiwal zajmujący w twoim prywatnym rankingu najwyższą lokatę?
W kategorii polskiej piosenki na pewno. Szczególnie ceniłem też dawny Sopot. To było przysłowiowe okienko na świat.
Słynna Interwizja.
Nigdy nie zapomnę festiwalu w 1979 roku. Miałem dziesięć lat i uprosiłem rodziców, żeby pozwolili mi obejrzeć Boney M. Wiedziałem, że to mega gwiazda. Znałem już „Ma Baker”, „Bahama Mama”, „Belfast”, „Rasputin”. Był też Demis Roussos. Podziwiałem go jako chłopiec – śpiewał melodyjne piosenki głosem, który fantastycznie się niósł.
W Sopocie gwiazd polskiej estrady również nie brakowało.
Czekało się jednak głównie na gwiazdy ze świata. Trzeba pamiętać, że to były zupełnie inne czasy. Sopocka Interwizja była okazją, żeby w szarej Polsce zobaczyć kogoś z tego europejskiego, zachodniego kolorytu. Koniec sierpnia był kiedyś zaczarowanym czasem: Sopot elektryzował. Po latach, podobnie jak do Opola, pojechałem na festiwal w roli dziennikarza. I znów poczułem dreszcz emocji.
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 3 Piotr Stańczyk z Krzysztofem K.A.S.A. Kasowskim](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/515552040_24909415038649079_7770629029621223168_n.jpg)
A jakie emocje towarzyszyły ci, gdy jako szesnastolatek wymknąłeś się na koncert do Warszawy?
Serce drgało (śmiech). Nie tylko na koncercie, ale i po powrocie do domu. Rodzice nie byli zachwyceni moją wycieczką, ale musiałem pojechać do stolicy. Był 1985 rok. Występowały legendy synth-popu – Orchestral Manoeuvres in the Dark.
Zawodowo zajmujesz się muzyką, ale czy sam próbowałeś swoich sił jako muzyk?
Uczyłem się gry na gitarze. Już od dziecka czułem, że mam słuch. Chciałem grać na gitarze elektrycznej, ale uczyłem się klasycznej. Doceniałem preludia, andantina, kadencje, wprawki – to dało mi przygotowanie. Jednak ja chciałem grać Beatlesów, Czerwone Gitary, Perfect, Lady Pank. A dostawałem repertuar z innej bajki. Po trzech latach nauki w domu kultury zrezygnowałem.
Nie porzuciłeś jednak gitary.
Sąsiad z działki, który grał w zespole, pokazał mi kilka podstawowych akordów. Myślał, że ich opanowanie zajmie mi dużo czasu. Wróciłem po godzinie i powiedziałem: „Już gram”. Pomogła ręka rozćwiczona na gitarze klasycznej. Z czasem rodzice kupili mi gitarę elektryczną. Trochę pogrywałem, ale zrozumiałem, że wolę być po innej stronie estrady. Fajnie jest pośpiewać przy ognisku, ale zawodowo wolałem oceniać kogoś niż samemu być ocenianym. Ta muzyczna edukacja bardzo mi się jednak przydała. Teoria muzyki, słuch, nuty – to wszystko później procentuje w radiu.
Jak wyglądała twoja droga do Radia Łódź?
Pierwszy raz w Rozgłośni Polskiego Radia w Łodzi pojawiłem się w drugiej klasie szkoły średniej, w 1986 roku. Byłem przeszczęśliwy, że w ogóle mogłem wejść do środka. Media były wtedy jak zamki warowne – zwykły człowiek nie miał do nich dostępu. Dwa lata później, będąc na pierwszym roku studiów, rozpocząłem współpracę z red. Iloną Grzesiak, ówczesną kierowniczką redakcji muzycznej.
Studiowałeś polonistykę.
Tak, ale radio cały czas chodziło mi po głowie. Najpierw szkolny radiowęzeł, później rozgłośnia zakładowa na Teofilowie, dyskoteki i kluby studenckie. W 1988 roku zdałem egzamin Ministerstwa Kultury i Sztuki, który uprawniał mnie do występowania jako zawodowy prezenter. Zgłosiłem się do pani redaktor, a ona powiedziała: „Panie Piotrze, mogę panu dać kwadrans w mojej autorskiej audycji – « Stereo-Rewia » – raz w miesiącu”. Dziś brzmi to skromnie, ale wtedy najdłuższe audycje muzyczne trwały 55 minut, a programy były rotacyjne.
Trzyminutowy debiut.
Tylko i aż trzy minuty dla siebie. Żeby coś zapowiedzieć. Później grałem trzy piosenki. Jednak już sam fakt współpracy z radiem był niesamowity.
Pamiętasz swój debiut w dłuższym formacie?
Bardzo zależało mi, żeby w sylwestra poprowadzić przeboje roku. Audycja była 31 grudnia, ale… po ósmej rano. Dla mnie nie miało to jednak znaczenia. Najważniejsze, że zaufano mi na tyle, żebym mógł przygotować prawie godzinny program.
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 4 Piotr Stańczyk](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/515705628_24905381665719083_1651329195880791920_n.jpg)
W kolejnym roku na antenie Radia Łódź pojawił się twój pierwszy autorski program.
Byłem wtedy na trzecim roku studiów i już współpracowałem z radiem. Chodził mi po głowie program dla młodszego słuchacza. Przypomnę, że był to czas wielkich zmian. Byliśmy spragnieni zachodnich mediów. Chcieliśmy, żeby radio brzmiało inaczej.
To znaczy jak?
Nowocześniej! Dzięki pracy w klubach zdobywałem płyty, a to było niezbędne. W Polsce nie mieliśmy łatwego dostępu do nowości. Jeśli chciało się zrobić nowoczesny program muzyczny, trzeba było mieć własny materiał. Poszedłem do szefowej i powiedziałem, że mam pomysł na program zrobiony według zachodnich wzorców. Potem do realizatora Andrzeja Papajaka: „Panie Andrzeju, wiem, o co mi chodzi, nagramy pilota”.
Nowoczesny program dla młodego słuchacza. Brzmi dość ogólnie. Czym przekonałeś szefostwo, że warto stawiać na taki format?
Chciałem, żeby to nie był spokojny program z prowadzącym, który ładnie się przywita i zapowie piosenkę. To miała być żywiołowa audycja pełna jingli, efektów i muzyki.
Jakie były reakcje po pilocie?
Po kolaudacji usłyszałem: „Panie Piotrze, przejął pan najgorsze zachodnie wzorce” (śmiech). Paradoksalnie bardzo mi to pasowało. Właśnie o to chodziło – żeby program brzmiał jak radio na Zachodzie. Andrzej Berut, ówczesny redaktor naczelny, zadzwonił i powiedział: „Niech pan robi. Zobaczymy”.
I tak powstał „Muzyczny Magazyn Hit”.
To był mój pierwszy autorski program dla młodszych słuchaczy – takich, którzy chcieli wiedzieć, co gra się w Europie i na światowych listach przebojów. Zainteresowanie rosło z tygodnia na tydzień. Dowodem były listy i kartki. Nie było maili ani SMS-ów. Do radia się pisało. Tych listów przychodziły całe worki.
Fragmenty „Hitu” można dziś znaleźć na YouTubie.
Niedawno się o tym dowiedziałem. Ktoś nagrywał całe programy i po latach zamieścił wybrane fragmenty w Internecie.
Słuchałeś ich?
Tak, choć niespecjalnie lubię słuchać siebie. Od razu myślę: „Mogłem to zrobić inaczej”.
Jak na perfekcjonistę przystało. Jakieś wnioski po odsłuchu?
Na pewno słyszę, że jestem młodszy. Mam też wyższy głos niż dziś. Dziwne uczucie. Słyszę dużą emocjonalność w tych programach. I po latach myślę, że chyba właśnie o to chodziło. To się ze mną zgadzało. Przejście na „zachodnią stronę mocy” musiało wyzwolić dynamikę. Właśnie tak sobie wyobrażałem radio: energia, tempo, zaangażowanie. Też tak chciałem.
Masz swój autorski program, ale ciągle chcesz więcej. I dostajesz – dziesięć godzin sylwestrowej audycji.
To był chyba najdłuższy sylwester w dziejach naszego radia! Dziesięciogodzinny maraton. Pracował ze mną wspomniany już realizator Andrzej Papajak. Kiedy o tym myślę, mam poczucie, że byliśmy dzielni.
Skąd pomysł na tak długą audycję?
Marzyłem o tym, żeby poprowadzić sylwestra w radiu – nie rano, ale normalnie. Powitać na antenie Nowy Rok. Marzenie spełniło się w wyjątkowym momencie.
Co było w nim wyjątkowego?
Wcześniej Radio Łódź nadawało przez szesnaście godzin na dobę. Od 1 stycznia 1992 roku miało nadawać przez całą dobę. Inaugurować zmianę miała właśnie noc sylwestrowa. Prezes Berut powiedział: „Dobrze, panie Piotrze, mogę się zgodzić, ale jest jeszcze jedna kwestia. Przechodzimy na całodobowe granie”. Usłyszałem: „Sylwester zacznie się 31 grudnia o godzinie 20, a skończy 1 stycznia o 6 rano. Czy pan da radę?”. Odpowiedziałem: „Muszę dać radę”.
I dałeś?
Tak, choć nie byłem zadowolony. Mnóstwa rzeczy nie zdążyłem zagrać. O wpół do szóstej rano zobaczyłem, ile płyt miałem przygotowanych, a ile wykorzystałem, i pomyślałem, że przydałby się drugi sylwester (śmiech).
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 5 Piotr Stańczyk w Radiu Łódź z Wojciechem Łuszczykiewiczem](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/465264502_9484596531557513_6380503008995635200_n.jpg)
Znów ten perfekcjonizm. Przecież przeszedłeś do historii.
Co więcej, ten wieczór inaugurował nocne programy Radia Łódź. Później zrodziła się z tego radiowa dyskoteka, którą – z różnymi zmianami – prowadziłem przez prawie 28 lat. Wciąż są słuchacze, którzy ją wspominają. Piszą, że zarywali noce, że przy niej zasypiali. Kiedyś dostałem zdjęcie od młodej słuchaczki: leżała przy włączonym radiu z misiem i zasnęła nad ranem, bo po prostu nie dała już rady.
Radio Łódź stało się dla ciebie miejscem, w którym spełniłeś wiele swoich marzeń.
Niewątpliwie tak jest. Pozwolę sobie na chwilę jeszcze wrócić do Amfiteatru Opolskiego. Prowadziłem stamtąd kilkugodzinny program z udziałem największych gwiazd festiwalu. To nie były pojedyncze wywiady, ale prawdziwa podróż przez opolską piosenkę.
Spore wyzwanie.
Nie da się ukryć. Pomogły mi kontakty z menedżerami i artystami. Modliłem się tylko o jedno: żeby czas programu pokrył się z próbą generalną. I tak się stało. Audycja szła na żywo w czasie próby do koncertu „Złote Przeboje”. Wykonawca schodził ze sceny i przychodził do mojego plenerowego studia za amfiteatrem. Rozmawialiśmy, a potem grałem piosenkę, którą wieczorem miał wykonać.
Kto cię odwiedził?
Plejada gwiazd. Maryla Rodowicz zaśpiewała na próbie legendarne „Niech żyje bal”, a potem przyszła na rozmowę. Ryszard Rynkowski najpierw ćwiczył „Wypijmy za błędy”, a chwilę później siedział już u mnie. Było Kombi, Varius Manx, Andrzej Piaseczny, Tadeusz Woźniak, Halina Frąckowiak i wielu innych artystów. Dzień później miałem wrażenie, że to wszystko było pięknym snem. Nie musiałem się szczypać – dowodem były nagrania i zdjęcia. To właśnie przykład, że marzenia czasem się spełniają.
Wiem już, za co kochasz radio. A jest coś, za co go nie lubisz?
To piękny zawód, tylko trzeba pamiętać, żeby się w nim całkowicie nie zatracić. Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji. Najtrudniejsze jest zrównoważenie życia zawodowego z prywatnym. Niestety, nie zawsze się udaje.
Kiedy najmocniej to poczułeś?
Pamiętam sytuację z 2009 roku, po śmierci Michaela Jacksona. W latach dziewięćdziesiątych nagrałem fragmenty jego autobiografii „Moonwalk”. Po latach trzeba było je na nowo udźwiękowić. Po wielu tygodniach pracy nad tym projektem miałem mieć wolną niedzielę. Moja kilkuletnia córka czekała, kiedy tata wreszcie będzie miał dla niej czas. I wtedy okazało się, że z komputera zniknęły trzy albo cztery gotowe odcinki. Zbliżał się termin emisji, więc zamiast jechać w plener, musiałem przyjechać do radia i zrobić wszystko od nowa. To drobny, ale wymowny przykład kolizji pracy z życiem. W mediach nie ma też świąt w powszechnym znaczeniu. Jeśli pierwszy dzień świąt jest wolny, drugiego trzeba przyjść do pracy – albo odwrotnie.
Myślałeś kiedyś o odejściu z radia?
Tak, szczególnie wtedy, kiedy organizm zaczął mocno strajkować. Kiedy walczy się o zdrowie, a do tego dochodzą wiek i przepracowane lata, pojawia się pytanie: czy warto? Czy wystarczy siły, kreatywności? W takich chwilach przypomina mi się pytanie, które kiedyś zadali mi znajomi: „Piotr, wyobraź sobie, że już nigdy więcej nie usiądziesz przed tym sitkiem i nic nie powiesz. Czy byłbyś w stanie tak żyć?”. Ta wizja mnie przestraszyła. Bardzo brakowałoby mi w życiu mikrofonu.
Jako dziennikarz muzyczny czujesz się bardziej opowiadaczem, selekcjonerem, przewodnikiem czy popularyzatorem?
Każdym po kawałku. To się ładnie uzupełnia. O muzyce można pięknie opowiadać. Przy artystach z wieloletnim dorobkiem pojawia się ogrom wiedzy, anegdot i kontekstów. Czasem nawet cztery godziny programu nie wystarczają, żeby opowiedzieć historię Tiny Turner, Eltona Johna czy Phila Collinsa.
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 6 Piotr Stańczyk z Edytą Górniak](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/515495387_24905932972330619_6210033389946017213_n.jpg)
Czyli radiowiec musi też oceniać?
Tak. Bardzo ważne jest wartościowanie. Dziennikarz ma obowiązek dokonać pierwszej selekcji: unikać banału, kiczu, bylejakości. To oczywiście subiektywne, ale dziennikarz powinien trzymać poziom. Czasem robi się ukłon w stronę słuchacza. Bywa, że ktoś prosi o piosenkę, do której mam obiekcje. Myślę: to słabe. Ale słuchacz jest dla nas najważniejszym jury. Jeśli reaguje, pisze, ocenia – to znaczy, że nasza praca ma sens.
W erze streamingu rola radiowca chyba się zmieniła. Dziś muzyka jest powszechnie dostępna.
Często słyszę od młodych słuchaczy: przecież jest Spotify, są platformy, można sobie wszystko włączyć. Ale tam nie ma przewodnika. Nie ma selekcji i wartościowania. Są słuchacze, którzy cenią, że dziennikarz poprowadzi, postawi akcenty, wskaże, co jego zdaniem jest warte uwagi. Liczy się też forma podania muzyki. Może dlatego, że byłem wodzirejem, konferansjerem i prezenterem w klubach, lubię, kiedy muzyka płynie. Pod tym względem radio może wyprzedzać algorytmy, bo człowiek poda muzykę tak, jak żadna maszyna tego nie zrobi.
A jest muzyka, której nie potrafisz polubić?
Szanuję większość gatunków i jestem otwarty na różnorodność – od klasyki po muzykę rozrywkową. Dzięki temu łatwiej mi później dokonywać selekcji: rozpoznawać, co jest kiczem, a co wartościowe, choć komercyjne. Nie lubię jednak muzyki drapieżnej, która wprowadza człowieka w stan podenerwowania. Nie jest mi po drodze z bardzo mocnymi brzmieniami. Ale na podawanie konkretnych wykonawców mnie nie namówisz (śmiech).
To powiedz mi o gatunku, którego w radiu byś nie zagrał.
Disco polo. Nigdy go nie zagram. Szanuję ludzi, którzy lubią ten świat. To może być muzyka okazjonalna, na rodzinne imprezy, do zabawy „pod nóżkę”. Nie uważam jednak, by zasługiwała na popularyzację w szerokich mediach.
Nie wpisuje się ona w nurt muzyki rozrywkowej, którą cenisz?
Uczciwie trzeba powiedzieć, że w branży disco polo dokonał się postęp. Dzisiejsze produkcje brzmią lepiej niż początki muzyki chodnikowej z lat dziewięćdziesiątych. Mimo wszystko gatunkowo i tekstowo to nadal nie jest muzyka, którą chciałbym prezentować w radiu.
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 7 Piotr Stańczyk z Justyną Steczkowską](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/517155801_24934387616151821_5006655694700546878_n.jpg)
Jakie trzy płyty zabrałbyś na bezludną wyspę?
Na pewno Electric Light Orchestra i album „Time”. To dla mnie wyjątkowa, bardzo przebojowa płyta. Druga to Tina Turner i jej „Private Dancer”. Kiedy mam okazję zagrać ją na antenie, robię to z przyjemnością. Trzecia? Whitney Houston i ścieżka dźwiękowa z „Bodyguarda”, choć cenię ją nie tylko za tę płytę. Śpiewała fantastycznie. Jej solowa kariera zaczęła się niezwykle dynamicznie. Szkoda, że miała tak tragiczny finał. Cenię również album „Thriller” Michaela Jacksona – absolutny geniusz muzyki pop. Jako bonus dodałbym też Toto. Byłem na ich koncercie w Łodzi i do dziś jestem zachwycony tym, jak brzmią na żywo.
Chodzisz jeszcze na koncerty?
Zaglądam. Nie biegam bez przerwy, ale staram się nie przepuszczać wydarzeń, które szczególnie mnie interesują. Kiedy do Łodzi przyjechał Lionel Richie, nie wyobrażałem sobie, żeby nie pójść. Widziałem go wcześniej w Sopocie i pamiętam, jak ciepło został przyjęty. Dziś jego głos nie jest już taki, jak w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych, ale to nadal ten sam uśmiechnięty człowiek. Ogromne wrażenie zrobił na mnie również łódzki występ zespołu A-ha. Morten Harket i spółka brzmieli fantastycznie. Takie koncerty dają błogostan.
W łódzkiej Atlas Arenie nie brakuje gwiazd światowego formatu.
Mam z tym osobistą refleksję. Chodziłem do XXI Liceum przy ulicy Kopernika, niedaleko dzisiejszej Atlas Areny. Kiedy widzę, że w Łodzi występują artyści, których jako uczeń puszczałem koleżankom i kolegom w szkolnym radiowęźle, myślę: jak nie pójść? Od mojego „Prusa” do Areny jest rzut beretem. To kolejny piękny sen na jawie.
A zdarza ci się wyjeżdżać na koncerty poza Łódź?
Oczywiście, choć musi być to znaczące wydarzenie. Pamiętam koncert Stinga w Warszawie w latach dziewięćdziesiątych. Jako support wystąpiła Alannah Myles z „Black Velvet”. Sting długo nie wychodził na scenę. Okazało się, że… trwały mistrzostwa Europy w piłce nożnej i musiał obejrzeć mecz do końca (śmiech). Przeprosił z właściwym sobie urokiem, publiczność mu wybaczyła, a potem już nikt o tym nie pamiętał, bo koncert był znakomity.
Bywają też rozczarowania.
Byłem niedawno na koncercie Alphaville i rzeczywiście wyszedłem trochę zawiedziony. Nie dlatego, że wokalista nie brzmi już jak w latach osiemdziesiątych – to zrozumiałe. Bardziej dlatego, że zespół skręcił w rejony, które nie do końca były dla mnie czytelne.
Masz jakieś koncertowe marzenie?
Chciałbym kiedyś zobaczyć występ grupy ABBA z awatarami. Podobno jest to niesamowite doświadczenie.
Doświadczenie ciekawe, ale rozmowa z awatarem trąci już science-fiction. Wróćmy więc do namacalnego świata wywiadów. Któryś szczególnie zapadł ci w pamięci?
Swego czasu w Opolu bardzo przyjemnie rozmawiało mi się z Grzegorzem Markowskim. A trzeba zaznaczyć, że lider grupy Perfect nie jest entuzjastą wywiadów. Szczególne miejsce w mojej karierze zajmuje nieodżałowany Krzysztof Krawczyk. Poznałem go osobiście na festiwalu w Sopocie w 1994 roku, kiedy wrócił ze Stanów Zjednoczonych. Był wtedy trochę niepewny tego, co go czeka.
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 8 Piotr Stańczyk z Krzysztofem Krawczykiem](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/515410008_24917358417854741_1565143941736292334_n.jpg)
Obawiał się braku akceptacji ze strony publiczności.
Zupełnie niepotrzebnie. Ludzie wstali z miejsc, śpiewali razem z nim. A w tamtych czasach to nie było takie oczywiste. Sopocki koncert potwierdził, że Krzysztof ma w naszym kraju przyszłość jako artysta. Od tamtego czasu spotykaliśmy się dosyć systematycznie – w radiu i przy różnych okazjach. Ta współpraca trwała wiele lat.
Przygotowałeś w Radiu Łódź wyjątkowy program z okazji 45-lecia pracy estradowej Krzysztofa Krawczyka.
Zadzwoniłem do niego i powiedziałem: „Krzysztof, chciałbym, żebyśmy jako radio zrobili ci ten jubileusz wyjątkowo”. Zgodził się, choć duże stacje komercyjne też były tym zainteresowane. Wymyśliłem cały weekend z Krzysztofem Krawczykiem. Rozmawiałem z artystami i ludźmi, którzy spotkali go po drodze. Do Maryli Rodowicz pojechałem specjalnie na koncert w Manufakturze, żeby opowiedziała o „popularnym Krawcu”. Nie było to łatwe, ale ubłagałem jej menedżera, żebyśmy mogli zamienić kilka słów przed jej występem. Chciałem, żeby w chwili, gdy nasz weekend na antenie się skończy, Krzysztof wyszedł na scenę w Sopocie i rozpoczął jubileuszowy występ. I tak było.
5 kwietnia 2021 roku przyszło ci żegnać artystę.
Miałem wtedy poważną infekcję strun głosowych, ledwo mówiłem. Wiedziałem jednak, że muszę to zrobić. Jadąc do radia, zwróciłem się do niego w myślach: „Krzysiu, jeśli możesz, pomóż mi, żebym dziś w ogóle brzmiał”. I wiesz co? Przez trzy godziny głos ani razu mi nie siadł. Miałem wrażenie, że Krzysztof siedzi obok, kibicuje i pomaga. To było bardzo wzruszające.
Jest jakaś rozmowa, z której nie jesteś zadowolony?
Na pewno były takie, które dziś zrobiłbym inaczej. Czasem brakowało czasu, czasem warunki były trudne, czasem rozmówca nie był w dobrym momencie. Pamiętam rozmowę z Ewą Bem. Bardzo ją cenię, ale wtedy miałem wrażenie, że coś nie zagrało. Może była zdenerwowana, może wydarzyło się coś, o czym nie wiedziałem. Czułem niedosyt. Tego samego dnia zrekompensowała mi to Krystyna Janda. Bardzo chciałem z nią porozmawiać. Wyszła i zaproponowała, abyśmy usiedli na… schodach. I tak rozmawialiśmy blisko godzinę.
Masz jeszcze zawodowe marzenia?
Chciałbym być zapamiętanym z najlepszych chwil. Nie stracić swojej marki. Nie zepsuć jej. Realizator Andrzej Papajak, mój radiowy „Tata”, powiedział mi kiedyś: „Piotr, staraj się zawsze być na wysokości poprzeczki. Czasem możesz być nad nią – świetnie. Nigdy jednak nie schodź poniżej”. Staram się tak robić. Dziś priorytetem jest zdrowie, bo ono wszystko warunkuje. Chciałbym kiedyś pomyśleć: kolego, dojechałeś. Dowiozłeś.
Jesteś dziennikarzem muzycznym, ale zdarzało ci się prowadzić także rozmowy polityczne.
Tak, bo nasza praca nie polega na zamykaniu się wyłącznie w swoim świecie. Kiedy zaczynałem, redakcja muzyczna Radia Łódź liczyła kilkanaście osób. Byli specjaliści od filharmonii, teatru muzycznego, Teatru Wielkiego. Dziś media wyglądają inaczej. Często jesteśmy „wynajmowani” do prowadzenia bloków ogólnych. Muzyka nadal tam jest, ale nie gra pierwszoplanowej roli. Wtedy stajemy się bardziej dziennikarzami informacyjnymi czy publicystycznymi.
I w ten sposób doszło do twojego spotkania z Hanną Gronkiewicz-Waltz.
To był czas, kiedy startowała w wyborach prezydenckich. Była umówiona do radia, ale spóźniała się, bo utknęła w drodze z Warszawy do Łodzi. Cały program trzeba było elastycznie przestawiać. Finalnie dotarła, rozmowa była krótsza, niż planowaliśmy, ale sympatyczna. Słuchacze lubią, kiedy pokazuje się polityków także jako ludzi – z pasjami, słabościami, codziennością.
Myślałeś kiedyś, co byś robił, gdyby nie radio?
Starano się ze mnie zrobić nauczyciela. Studiowałem polonistykę, więc taka droga była naturalna. Od początku mówiłem prowadzącym zajęcia metodyczne: będę chodził, zaliczę praktyki, ale belfrem nie będę (śmiech). Jedno z liceów chciało mnie nawet zatrudnić, ale ja już dokonałem wyboru. Sprzedałem duszę radiu.
Życie płata jednak figle. Pracujesz ze studentami Uniwersytetu Łódzkiego.
Zaproponowano mi, żebym opowiadał studentom dziennikarstwa o radiu i dziennikarstwie muzycznym. Katedra mnie dopadła, tylko na innym poziomie. Tym razem z przyjemnością, bo mogłem dzielić się doświadczeniem. Kiedyś zadzwonił słuchacz, z którym od lat mam kontakt, i zapytał: „Panie redaktorze, czy pan przypadkiem gdzieś nie naucza?”. Zapytałem, skąd taki wniosek. Odpowiedział: „Bo pan nas, słuchaczy, edukuje”. Uśmiałem się, ale trafił. Słuchacze mają niesamowitą intuicję. Wyczuwają prawdę i fałsz.
Jesteś nie tylko radiowcem i wykładowcą ale również DJ-em.
Trochę tak, bo jak już mówiłem, wszystko zaczęło się od muzyki. Na typowej dyskotece nie byłem już dawno, a kiedy ostatnio zobaczyłem, jak to wygląda, wyszedłem po czterdziestu minutach kompletnie ogłuszony. To już inny świat – mentalny, obyczajowy, kulturowy i muzyczny. Czułem się jak w hucie albo stoczni. Kiedy zaczynałem, do klubów chodziło się nie tylko tańczyć, ale też słuchać najnowszej muzyki. Nie było Internetu, platform, łatwego dostępu do płyt. DJ czy prezenter miał nowości, często zdobywane cudem.
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 9 Piotr Stańczyk i Stachursky](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/514339910_24902511986006051_5823623247377982836_n.jpg)
Praca DJ-a pomogła ci w tej radiowej?
Mam w sobie pewien kręgosłup wyniesiony z klubów: umiejętność konstruowania setu, myślenia o tym, jak muzyka ma płynąć. W radiu też tworzymy takie sety, tylko inaczej rozłożone w czasie. Etap dyskotek był ważny. To była nauka pracy z mikrofonem, publicznością, elastyczności, komunikacji i kultury mówienia. Wszystko potem przydało się w radiu. Nie widząc słuchacza, wyobrażam sobie, że on tam jest. I że przeżyje muzykę podobnie jak ludzie w klubach, dla których grałem.
Z pracy w klubach pamiętasz jakieś zabawne sytuacje?
Pamiętam sytuację z początku lat dziewięćdziesiątych. Kolega wyjeżdżał do Berlina, więc poprosiłem go, żeby kupił mi trzy płyty. Jedna z piosenek była wtedy najwyższą nowością europejskiej listy przebojów. Chciałem ją zagrać w klubie dokładnie tego samego dnia. Miałem zwyczaj, że o 21 prezentowałem najgorętszą nowość. Od 20 zerkałem, czy kolega już jest. Nie było go o 20.30, nie było za piętnaście dziewiąta, nie było za pięć. Już myślałem, że trzeba będzie przygotować coś rezerwowego. I nagle, minutę przed 21, wyrósł jak spod ziemi, położył płytę na gramofonie i powiedział: „Masz, obiecałem”. Kamień spadł z serca (śmiech). Dziś to zabawne, wtedy nie było mi wesoło.
A mrożące krew w żyłach?
Na początku lat dziewięćdziesiątych w Łodzi powstawały nowe kluby i zaczęła się niezdrowa rywalizacja. Pamiętam imprezę, na której konkurencja rozprowadziła gaz, żeby ludzie opuścili lokal. Takie rzeczy też się zdarzały. Wówczas nie byłem jednak DJ-em, przeżyłem tę sytuację jako uczestnik zabawy.
Co lubisz robić w wolnym czasie?
Przede wszystkim odpoczywać od świata medialnego, choć to trudne, bo w wolnym czasie też słucham muzyki. Staram się wtedy wybierać albo coś, co bardzo lubię od lat, albo muzykę zupełnie inną niż ta, z którą pracuję na co dzień. Najbardziej relaksuje mnie plener. Kiedy tylko przychodzi wiosenno-letnia pora roku, każdą wolną chwilę staram się spędzać poza Łodzią. Mam skromną posiadłość pod miastem i tam napawam się dźwiękiem przyrody. Bardzo lubię też spacery z moim psem – Betką.
Masz w sobie żyłkę działkowca?
Nie do końca. Najszczęśliwszy jestem, kiedy siadam na tarasie, na leżaku, i słyszę, jak przyroda do mnie mówi. Nawet jeśli zmęczę się fizycznie przy trawie czy żywopłocie, to jest to bardzo pozytywne zmęczenie. Wracam z poczuciem, że zrobiłem coś dla siebie.
A gdzie urlopujesz?
Od dziecka najczęściej odpoczywam nad polskim morzem, szczególnie w Kołobrzegu i okolicach. Przejechałem całe wybrzeże, bywałem w różnych miejscach, ale tam czuję wyjątkowe fluidy. Polskie góry też lubię, ale ze względów zdrowotnych bardziej służy mi morze.
Mówiliśmy o marzeniach radiowych. A masz jakieś zupełnie niezwiązane z radiem?
Mam marzenia typowe dla każdego rodzica. Jako tata chciałbym, żeby Zuzi ułożyło się w życiu, żeby była szczęśliwa i zrealizowała się zawodowo. Od razu uprzedzę: córka nie chce być dziennikarką. Znajomi czasem pytają, czy nie pójdzie w moje ślady, bo jest gadułą. Ale Zuzia mówi: „Tato, wystarczy, że w rodzinie ty jesteś takim chodzącym radyjkiem” (śmiech). Ma jednak żyłkę artystyczną i humanistyczną. Pisze satyryczne, często rymowane teksty. Zdradziła mi kiedyś, że marzy o własnym stand-upie. Trzymam za to kciuki.
Wspierasz córkę na początku jej zawodowej drogi. A co powiedziałbyś młodemu Piotrowi, który dopiero zaczynał?
Idź tą drogą. Naprawdę nie zmieniłbym specjalnie niczego. Jestem szczególnie wdzięczny rodzicom i dziadkowi, który był moim największym fanem, a jednocześnie najbardziej surowym recenzentem w domu. Nigdy nie kwestionowali mojego wyboru. W rodzinie nie było doświadczeń dziennikarskich, nikt nie pracował w mediach, więc przecierałem szlak sam. Rodzice może na początku nie do końca dowierzali, ale widzieli moje zaangażowanie i zrozumieli, że to mój świat.
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 10 Piotr Stańczyk z Kasią Popowską](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/514501468_24906659095591340_809819496440608970_n.jpg)
Czego życzyłbyś tamtemu sobie?
Konsekwencji, wytrzymałości i wyrozumiałości. Dziennikarstwo nie jest zawodem luksusowym. W każdym jego rodzaju trzeba mieć odporność, bo jesteśmy zależni od wielu ludzi: ich decyzji, dobrej woli, nastroju. Pamiętam rozmowę z Edytą Geppert. Bardzo ją ceniłem i marzyłem o wywiadzie-rzece – od dzieciństwa po współczesność. Kiedy przyszła do radia, zobaczyłem osobę przestraszoną, zamkniętą, otuloną płaszczem, schowaną za ciemnymi okularami. Pomyślałem: z tej rozmowy nic nie będzie, jeśli ona się nie otworzy.
Czyli potrzebny był klucz, żeby się otworzyła na rozmowę.
Kluczem było zadbanie o komfort artystki. Zanim zaczęliśmy nagranie, zaproponowałem jej kawę, stworzyłem spokojną atmosferę, poczucie bezpieczeństwa. Dopiero po czterdziestu minutach mogliśmy ruszyć. I wtedy rozmowa była taka, jak trzeba. To pokazuje, że czasem dziennikarz musi najpierw stworzyć warunki, a dopiero potem pytać.
Czego można ci życzyć?
Zdrowia i słuchaczy. Nadal tak zaangażowanych i przyjaznych jak do tej pory. Nie mówię tego, żeby się komukolwiek podlizać. W końcu to dla nich wszystko robimy. Nigdy nie zapomnę dedykacji, którą dostałem od nauczycielki wychowania muzycznego w szkole podstawowej. Na koniec ósmej klasy wręczyła mi książkę o tematyce muzycznej. Nie pamiętam całej dedykacji, ale pamiętam jej najważniejszy fragment: „Och, jak to miło iść przez pokoje z Panią Muzyką we dwoje”. Chciałbym z tą muzyką i słuchaczami spacerować do samego końca.
Wszystkie wywiady z cyklu „Ludzie radia” dostępne są TUTAJ
BIP
![Piotr Stańczyk całe życie z muzyką i mikrofonem. „Radio jest kochanką, która nie wybacza absencji” [ROZMOWA] 1 Piotr Stańczyk](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/H2A0176-1140x815.jpg)
![Jakub Wielgus całe życie w Radiu Łódź. „Bez ludzi byłoby tylko budynkiem pełnym sprzętu” [ROZMOWA] 11 Jakub Wielgus w archiwum Radia Łódź](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/08/Kuba-Wielgus-fot.-Konrad-Ciezki-9-120x86.jpg)
![Iwona Błaszczyk od 38 lat po drugiej stronie radia. „To więcej niż miejsce pracy” [ROZMOWA] 12 Iwona Błaszczyk przy stole realizatorskim](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/07/H2A7575-kopia-120x86.jpg)
![Ekstremalna fala upałów w Polsce a prawo pracy. Katarzyna Gałka była gościem RŁ [POSŁUCHAJ] 13 Katarzyna Galka fot. Konrad Ciezki 30 06 2026](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/Katarzyna-Galka-fot.-Konrad-Ciezki-30-06-2026-120x86.jpg)
![Okolice jazzu. Kacper Smoliński o płycie „Sospeso” [PODCAST] 14 Okolice jazzu. Kacper Smoliński o płycie „Sospeso”](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/20260611_142005-scaled-120x86.jpg)
![Czas seniorów. Upały - śmiertelne zagrożenie dla osób w kryzysie bezdomności [PODCAST] 15 Czas seniorów. Upały – śmiertelne zagrożenie dla osób w kryzysie bezdomności [PODCAST]](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/IMG_7956-1-scaled-75x75.jpeg)
![Nawałnica w Łódzkiem. Połamane drzewa blokowały przejazd DK74 [ZDJĘCIA] 16 Nawałnica w Łódzkiem](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/06/test-15-75x75.jpg)
![Wynik, którego można było się spodziewać. Podbeskidzie Bielsko-Biała - Unia Skierniewice 1:1 17 Podbeskidzie Bielsko-Biała - Unia Skierniewice [RELACJA NA ŻYWO]](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/09/Podbeskidzie-Bielsko-Biala-Unia-Skierniewice-fot-Robert-Zwolinski-2-scaled-120x86.jpg)

