Irlandia ma nowy muzyczny towar eksportowy. Fontaines D.C.
Irlandia od dekad dostarcza światu artystów, których trudno pomylić z kimkolwiek innym. U2, Sinéad O’Connor czy The Cranberries to nazwiska i zespoły, które nie tylko osiągnęły międzynarodowy sukces, ale również wypracowały własną, wyrazistą tożsamość artystyczną. Dziś irlandzką muzykę reprezentują na światowych scenach również Hozier czy Niall Horan, choć ich twórczość należy do nieco innych muzycznych porządków.
Fontaines D.C. wydają się natomiast jednymi z najciekawszych współczesnych spadkobierców tej bardziej bezkompromisowej, gitarowej tradycji. Nie dlatego, że brzmią jak ich słynni poprzednicy. Wręcz przeciwnie – dlatego, że podobnie jak oni potrafią stworzyć muzyczny świat, który jest rozpoznawalny niemal od pierwszych sekund.
Jeszcze kilka lat temu pięciu muzyków z Dublina kojarzyło się przede wszystkim z surowym, postpunkowym brzmieniem. Dziś, pięć albumów później, coraz trudniej zamknąć ich w jakichkolwiek gatunkowych ramach. Najnowszy „Dopamine Chamber”, wydany zaledwie dwa tygodnie przed łódzkim koncertem, jest kolejnym dowodem na to, że Irlandczycy nie zamierzają odcinać kuponów od raz wypracowanej estetyki.
A wyprzedane hale? Te przestały już kogokolwiek dziwić.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Kiedy stopy nie dotykają ziemi. Spotkanie z Wojciechem Siudmakiem
Obrazy malowane dźwiękiem
W muzyce Fontaines D.C. najbardziej fascynuje mnie coś, co trudno sprowadzić do konkretnego gatunku czy rozwiązania kompozycyjnego. To niezwykła umiejętność budowania obrazów za pomocą dźwięków. Ich utwory nie tylko opowiadają o emocjach – one pozwalają je niemal zobaczyć.
Gitarowe faktury, nieoczywiste melodie, hipnotyczne partie rytmiczne i charakterystyczna maniera wokalna Griana Chattena składają się na coś przypominającego ścieżkę dźwiękową do filmu, który istnieje wyłącznie w wyobraźni słuchacza. Czasem jest to obraz przygnębiający i duszny, innym razem nostalgiczny, niemal romantyczny. Fontaines potrafią stworzyć atmosferę, zanim jeszcze zdążymy w pełni zrozumieć tekst piosenki.
I właśnie dlatego tak wiele oczekiwałem od ich występu na żywo.
Koncert otworzyło „Tongue” z najnowszego albumu. Trudno wyobrazić sobie lepszy początek. Utwór niemal natychmiast nadał wydarzeniu odpowiednią energię, a kolejne kompozycje skutecznie ją podtrzymywały. Gitarowe „Here’s the Thing”, gęsty, niepokojący „Nabokov” i żywiołowe „Boys in the Better Land” przypomniały, jak imponująco szeroki jest dziś muzyczny język dublińskiej formacji.
A jednak pierwsze rozczarowanie przyszło zaskakująco szybko.
„Marianne” miało wszelkie predyspozycje, by stać się jednym z najbardziej poruszających momentów wieczoru. To przecież kompozycja, w której szczególnie dobrze słychać wspomnianą zdolność zespołu do malowania dźwiękiem. Jej siła tkwi nie tylko w melodii, ale przede wszystkim w atmosferze i emocjonalnym napięciu.
W Atlas Arenie ten obraz niestety się rozmył.
Wokal Chattena sprawiał wrażenie zagubionego, a utwór nie osiągnął emocjonalnej intensywności znanej z wersji studyjnej. Zabrakło mu przestrzeni, subtelności i pewnego trudnego do nazwania pierwiastka, który na nagraniu tak skutecznie uruchamia wyobraźnię. Zamiast zanurzyć się w wykreowanym przez muzyków świecie, trudno było oprzeć się wrażeniu, że coś nie działa tak, jak powinno.
Na szczęście z kolejnymi utworami sytuacja zaczęła się zmieniać a „In the Modern World” przywróciło koncertowi właściwy rytm.
„Starburster” jest klasą samą dla siebie
Jeżeli miałbym wskazać jedną kompozycję, która najlepiej oddaje fenomen współczesnych Fontaines D.C., bez wahania wybrałbym „Starburster”.
To moim zdaniem jeden z najlepszych utworów na „Romance”, a łódzki koncert tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Nerwowy rytm, niemal paniczna maniera wokalna Chattena, gwałtowne zmiany dynamiki i nieustannie narastające napięcie tworzą coś, co wymyka się prostym gatunkowym klasyfikacjom.
Jest w tej kompozycji jednocześnie niepokój, agresja, taneczność i pewien rodzaj szaleństwa. Wszystko wydaje się balansować na granicy utraty kontroli, ale ani przez moment jej nie traci. Na żywo „Starburster” działa jeszcze mocniej. To nie jest po prostu dobry koncertowy numer. To utwór, który potrafi podporządkować sobie całą przestrzeń.
Cieszy również to, że muzycy nie ograniczają się do sprawdzonych rozwiązań. „Mimesis” i „Demolition” z nowego albumu pokazują kolejne kierunki ich poszukiwań. Szczególnie drugi z tych utworów świetnie odnalazł się w koncertowym repertuarze.
List miłosny do Irlandii
Jednym z najbardziej poruszających momentów koncertu pozostaje dla mnie „I Love You”. To utwór szczególny nie tylko ze względu na swoją intensywność, ale również na sposób, w jaki opowiada o relacji z ojczyzną.
Fontaines D.C. stworzyli w nim niezwykłą laurkę dla Irlandii. Nie jest to jednak sentymentalna pocztówka przedstawiająca wyidealizowany obraz rodzinnego kraju. Przeciwnie – to list miłosny pełen gniewu, rozczarowania i pretensji. Chatten rozlicza się z irlandzką rzeczywistością polityczną i bolesnymi kartami historii, a jednocześnie daje wyraz głębokiemu przywiązaniu do miejsca, z którego pochodzi.
Wartoprzeczytać
W tej sprzeczności tkwi siła kompozycji. Miłość do ojczyzny nie wymaga przecież bezkrytycznej akceptacji wszystkiego, co się z nią wiąże. Czasem to właśnie przywiązanie daje prawo do najostrzejszych oskarżeń.
Na żywo „I Love You” nabiera dodatkowego znaczenia. Narastające napięcie i coraz bardziej rozpaczliwy wokal Chattena sprawiają, że osobiste wyznanie zamienia się niemal w manifest. To jeden z tych momentów, w których Fontaines D.C. najpełniej pokazują, że ich muzyka może być jednocześnie intymna i monumentalna.
Z miłością, ale bez taryfy ulgowej
Fontaines D.C. pokazali w Łodzi, że są dziś zespołem o potencjale znacznie większym niż ten, który zwykliśmy przypisywać postpunkowym formacjom. Potrafią wypełnić wielką halę muzyką nieoczywistą, niekiedy wymagającą, często daleką od radiowej przebojowości. I nie muszą przy tym rezygnować z artystycznej tożsamości.
Nie wszystko jednak zadziałało. Chwilowe problemy wokalne, słabszy kontakt z publicznością i przede wszystkim rozczarowujące „Marianne” pozostawiły niedosyt. Tym większy, że zespół wielokrotnie podczas tego samego wieczoru udowadniał, na jak wysoki poziom potrafi wejść.
Ale może właśnie dlatego warto o tych niedoskonałościach mówić. Fontaines D.C. nie potrzebują już dowodów na to, że są znakomitym zespołem. Potrzebują przestrzeni, by stać się jeszcze lepszym.
I jeśli za kilka lat rzeczywiście dołączą do grona najważniejszych muzycznych towarów eksportowych Irlandii, łódzki koncert będzie można wspominać jako występ zespołu, który już doskonale rozumiał swoją siłę, choć nie zawsze potrafił jeszcze w pełni ją wykorzystać.

Być może zresztą o Fontaines D.C. najlepiej pisać tak, jak oni sami śpiewają o Irlandii w „I Love You” – z ogromną miłością, ale bez przymykania oczu na to, co rozczarowuje. Bo prawdziwy zachwyt wcale nie musi oznaczać bezkrytyczności.
BIP

![Wszystkich Świętych po zmroku. Zobacz Stary Cmentarz pełen świateł [ZDJĘCIA] 3 1 listopada wieczorem na cmentarzu przy ul Ogrodowej fot Sebastian Szwajkowski 5](https://radiolodz.pl/wp-content/uploads/2026/11/1-listopada-wieczorem-na-cmentarzu-przy-ul-Ogrodowej-fot-Sebastian-Szwajkowski_5-120x86.jpg)




